Bloog Wirtualna Polska
Są 1 204 252 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Dick

piątek, 03 kwietnia 2015 18:58

Łykam Dicka. Łykam jak ryba, co popadnie. Odkryłem go w ubiegłym roku, przeczytałem na razie "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha", "Valis", "Ubik", teraz czytam "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant". Fascynuje mnie w Dicku kilka rzeczy. Umiejętność opowiadania. Nigdy nie wiesz, co się wydarzy na następnej stronie. Być może Dick też nie wie. Trafne, jędrne opisy. Postaci jak z naszych skrytych wyobrażeń o postaciach. Kusząca, uwodzicielska sugestia nierealności tego, co za realność przyjmujemy. 

 

Wczoraj przed snem czytałem Dicka. Zasnąłem i przyśniło mi się, że czytam go dalej. Czytałem we śnie dalszy ciąg książki czytanej przed zaśnięciem. Ocknąłem się i stwierdziłem, że wciąż trzymam książkę przed oczami.

 

Dick, późna fascynacja. Nie myślałem, że jeszcze kiedykolwiek... Dzięki, Koniolubie Grubasie. 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Gdzie orbituje Teatr Polski?

niedziela, 15 lutego 2015 19:29

 

Czytam ostatni felieton Pawła Wodzińskiego w miesięczniku „Teatr”. Dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy ubolewa nad tym, że wśród widzów, którzy przyszli na debatę poświęconą „relacjom demokracji i kapitalizmu” byli i tacy, którzy usiłowali wypowiedzieć się na tematy, powiedzmy, nieprzewidziane, niezaplanowane. „Demokratyczna debata kończy się bowiem w tym miejscu, w którym zaczyna się narzucanie innym swoich własnych oczekiwań, zwłaszcza gdy towarzyszy temu działaniu postawa urażonego klienta w stosunku do dostawcy produktu.” – kończy kategorycznie swój felieton dyrektor Wodziński.

 

Nie wiem, co zaszło podczas owej debaty, nie uczestniczyłem w niej. Nie uczestniczyłem też w debacie ostatniej, poświęconej „islamofobii”. W kontekście tego, co napisał dyrektor Wodziński chciałbym jednak zastanowić się nad obecną rolą Teatru Polskiego w Bydgoszczy w debacie publicznej. Czy jest to rola inicjatora ważnych dyskusji, żywych polemik, intelektualnego fermentu, czy może raczej teatr przy Al. Mickiewicza jawi się jako tuba propagandowa jednego, ściśle określonego światopoglądu?

 

Już sama zapowiedź panelu „islamofobicznego” budzi wątpliwości.  „Dlaczego islam kojarzy się dziś głównie z terroryzmem, podczas gdy statystyki pokazują, że motywacja religijna dotyczy mniej niż 1% wszystkich aktów przemocy politycznej w Europie? Skąd bierze się irracjonalny lęk przed hidżabem i dżalabiją? Dlaczego zachodnim mediom tak bardzo zależy na fałszywym utrwalaniu dżihadu jako synonimu "świętej wojny", całkowicie mylnie interpretowanego? Czy są jakieś różnice między dzisiejszą islamofobią a rasizmem i antysemityzmem?” Niby pytania, ale jednak zawierające wyraźne sugestie odpowiedzi. Dobór panelistów też wybitnie tendencyjny. Jak jeden mąż, wszyscy związani z ruchem lewackim, niekiedy o anarchistycznym zabarwieniu (Przemysław Wielgosz) czy feministyczno-genderowym (Monika Bobako).

 

Jaki jest sens organizowania debaty o „islamofobii” w kraju, w którym wyznawcy islamu to znikomy procent społeczeństwa, a także w czasie, gdy trwa wojna „Państwa Islamskiego” ze światem Zachodu? Jak rozumieć „islamofobię” w sytuacji, gdy niemal codziennie atakowani jesteśmy informacjami o kolejnych zdekapitowanych ofiarach islamistów, o kolejnych zamachach, za którymi stoją wyznawcy Mahometa? I wreszcie – czy nie zakrawa na cynizm urządzanie tego rodzaju debaty, gdy według wszelkich dostępnych źródeł najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie są chrześcijanie? Jeśli można tu mówić o jakiejkolwiek „fobii”, a więc lęku, to wyłącznie o naturalnym, atawistycznym lęku człowieka przed śmiercią, przed byciem ofiarą islamisty. Nie ma to moim zdaniem nic wspólnego z lękiem przed islamem jako takim. Tak się jakoś składa, że ludzie nie lubią być masowo zabijani, a kiedy trzeba - bronią siebie i swoich bliskich. To całkowicie racjonalna postawa. Gdzie tu rasizm i antysemityzm?

 

Lewacka narracja nie dopuszcza takiego rozwiązania, ponieważ w jej rozumieniu radykalizm islamski (łącznie z krwawym terrorem) jest wyrazem dążenia do emancypacji uciśnionych klas społecznych, które – tak się składa – wyznają islam. W podobnym duchu usprawiedliwiano przecież „Czarne Pantery” w Stanach Zjednoczonych. Ciekawe, że celem najkrwawszego w ostatnich latach zamachu islamistów w Europie Zachodniej było lewackie pismo satyryczne, które za główny cel postawiło sobie szydzenie z religii (nie tylko islamu). Dlaczego zatem nie rozmawiamy o lewackiej fobii antyreligijnej, zwłaszcza antychrześcijańskiej, tylko wymyślamy problem, którego nie ma? Może dlatego, że jest to okazja, żeby zaserwować kolejną porcję genderowo-feministycznego pasztetu?  Z filmu z debaty „islamofobicznej” wynika jednak, że zainteresowanie było bardzo nikłe. Na widowni zasiadło ledwie kilka osób.

 

Niestrudzony Teatr Polski nie poprzestaje na tym. Już zapowiedział kolejną debatę. Tym razem o książce Enzo Traverso „Historia jako pole bitwy”. Niewątpliwym bohaterem spotkania będzie pan, który lubi paradować w damskich fatałaszkach. Mówi o sobie „trans-gender”. I tak dalej, i tak dalej… Bydgoski teatr chce najwyraźniej zasłużyć na miano najbardziej czerwonej sceny w Polsce.

 

Na koniec wróćmy do Pawła Wodzińskiego i jego felietonu. Wypada zgodzić się z konkluzją. „Demokratyczna debata kończy się bowiem w tym miejscu, w którym zaczyna się narzucanie innym swoich własnych oczekiwań”. Zwłaszcza gdy z jednej strony mamy widza, który może jedynie domagać się dopuszczenia go do mikrofonu (o ile organizator debaty się na to zgodzi), a z drugiej strony – potężną (w porównaniu z pojedynczym człowiekiem) instytucję publiczną, dysponującą pokaźnym budżetem, nieograniczonym właściwie dostępem do mediów oraz grupą przychylnych dziennikarzy, którzy nie popsują samopoczucia niewygodnymi pytaniami. Wbrew pozorom widz jednak nie jest całkiem bezbronny. Jak pokazała ostatnia debata, widz może „zagłosować nogami” i zwyczajnie „nie kupić” pakietu ideologicznego, który mu się podsuwa. W rezultacie – i to jest najgroźniejsze – może odwrócić się od teatru, uznając go za miejsce nieprzyjazne, bo narzucające mu własną wizję świata, a także dyktujące sposób udziału w debacie publicznej.

 

Szczerze mówiąc, od teatru oczekiwałbym (tak, nawet ja, mały żuczek, też miewam czasem jakieś oczekiwania), że debaty będą toczone wokół spektakli, najlepiej znakomitych i poruszających. Tych na bydgoskiej scenie ostatnio jakoś mało…

 

Czy Teatr Polski zacznie wreszcie słuchać swoich widzów? To pytanie pozostawmy na razie otwarte.

 


Podziel się
oceń
3
3

komentarze (20) | dodaj komentarz

Jakiej kultury chce miasto Bydgoszcz?

wtorek, 03 lutego 2015 11:27

Miasto Bydgoszcz podpisało nową umowę najmu na lokal po Kawiarni Artystycznej "Węgliszek". Z informacji, które do nas dochodzą wynika, że powstanie w tym miejscu lokal gastronomiczny, nie mający nic wspólnego z dawnym "Węgliszkiem". Czym było to miejsce? Niech odpowiedzią będą goście, którzy tu występowali: Allen Ginsberg, Julia Hartwig, Jerzy Sulima-Kamiński, Kazimierz Hoffmann, Marcin Świetlicki, Jacek Podsiadło, Wojciech Wencel i wielu, wielu innych. Dodajmy, że spotkania odbywały się pod auspicjami bydgoskich instytucji kultury, na ogół Miejskiego Ośrodka Kultury.

 

"Węgliszek" był niekwestionowanym centrum życia literackiego Bydgoszczy. Odbywały się tu nie tylko spotkania autorskie, koncerty, kipiało tu również życie towarzyskie, toczyły się dyskusje, nierzadko gorące. Pamiętam wieczór sprzed mniej więcej dziesięciu lat, na którym zaprezentowali się poeci z antologii "Mówi Bydgoszcz", wśród nich Grzegorz Kaźmierczak czy niżej podpisany. Ludzie siedzieli na schodkach, bo nie było już miejsc przy stolikach. Równie tłumnie było na wieczorze Jacka Podsiadły i Tomasza Różyckiego. To była prawdziwa kawiarnia - forum wymiany myśli, ale też przytulne miejsce, w którym można było posiedzieć przy barze, pokrzepić się czymś mocniejszym, a przy okazji posłuchać dobrej muzyki płynącej z odtwarzacza albo granej na żywo.

 

Tego wszystkiego już nie ma. "Węgliszek" pod rządami nowego najemcy przestał interesować się literaturą. Lokal zmienił profil na muzyczny. Wtopił się w otoczenie, był jedną z wielu podobnych knajpek na starym mieście. Teraz słyszymy, że nowym najemcą ma być właściciel jednego z bydgoskich hoteli. W sąsiedztwie posiada już inną knajpkę. Nie wyróżnia się ona niczym szczególnym. To jednak kwestia gustu. Kluczowe jest to, że miasto Bydgoszcz lekką ręką pozbyło się instytucji kulturalnej z tradycjami. Mam wrażenie, że samo słowo "tradycja" naszym urzędnikom od kultury źle się kojarzy. Wystarczy poczytać wydawany przez Miejskie Centrum Kultury "Bydgoski Informator Kulturalny" - - pełen ironicznego jadu wobec kultury, która niekoniecznie chce gonić za nowinkami, a jednocześnie pełen pień nad rzekomymi "eksperymentami", które zwykle okazują się żałosnym epigoństwem.

 

"Węgliszek" jest kolejnym, po Cafe Pianola, miejscem które wymazano z kulturalnej mapy Bydgoszczy. Co pozostało? Miejskie Centrum Kultury, swoisty kombinat, który próbuje łączyć funkcje biurowe z artystycznymi. Wernisaże odbywają się w nim w asyście ludzi, którzy wchodzą i wychodzą do budynku w innych niż wernisażowe, celach. Jest "Cafe Szpulka", która tylko udaje kawiarnię, a jest w istocie bufetem dla "pracowników kultury".

 

Instytucja spotkania autorskiego, podstawowa forma kontaktu pisarzy z czytelnikami, praktycznie zniknęła z pejzażu Bydgoszczy. Ktoś powie: przecież na Wyżynach działa kawiarnia literacka prowadzona przez Barbarę Jendrzejewską. Chwała jej za to, ale osiedle Wyżyny to jednak nie stare miasto, tutaj nie stworzy się klimatu kawiarni literackiej z prawdziwego zdarzenia.

 

No dobrze, mamy też Galerię Wspólną (należącą do MCK-u) nad dawnym "Węgliszkiem". Jednak to kolejny ersatz. Kilka amfiladowo połączonych pokoi. Gdy w jednym odbywa się spotkanie autorskie (bardzo rzadko, bo to miejsce opanowane przez plastyków), to w drugim zażarcie terkoczą telefon z faksem. Nie ma tam też wyszynku, a przecież to przy stolikach zawsze toczyło się życie towarzysko-kulturalne! Nie stworzy się klimatu zza urzędniczego biurka.

 

Wszystko, o czym piszę, można wytłumaczyć moim resentymentem. Owszem, pamiętam czasy, kiedy w prasie codziennej ukazywały się relacje ze spotkań autorskich (tak jak dziś namiętnie relacjonowane są konferencje prasowe polityków). Pamiętam też Kawiarnię Artystyczną "Węgliszek", w której poznałem Zdzisława Prussa, Kazimierza Hoffmanna i wielu, wielu innych znamienitych twórców, nie tylko z kręgu literatury. "Węgliszek" sprzyjał inicjacji w świat kultury. Pewnie nie byłbym dziś tu gdzie jestem i tym, kim jestem, gdyby nie te kawiarniane "uniwersytety".

 

Ze smutkiem konstatuję, że Bydgoszcz, miasto które zawsze miało żywe i bogate tradycje literackie, dobrowolnie podcina gałąź, na której siedzi.


Podziel się
oceń
5
1

komentarze (7) | dodaj komentarz

Nad czym pan teraz pracuje?

wtorek, 07 października 2014 20:11

 

Jutro spotkanie w Świeciu nad Wisłą, pojutrze w Bydgoszczy. Na obu będę promował tom opowiadań "Oczy pełne strachu". W zasadzie to pierwsze takie spotkania od momentu wydania książki. "Generał i inne dramaty polityczne" miały już swoją promocję w Gdyni i w Warszawie. 

Posłałem do wydawcy maszynopis powieści kryminalnej (odpowiedź powinna nadejść wkrótce), a korzystając z tego, że trochę ostatnio słabuję na zdrowiu, więcej piszę. Udało mi się doprowadzić w pobliże końca tom opowiadań, który dość nieoczekiwanie zmienił się w powieść. Powieść grozy. 

W zanadrzu pomysły - na powieść i kilka opowiadań. Niewykluczone, że w końcu wydam wybór wierszy, choć... nie, nie będę mówił, że poezja mi się znudziła, nie, ona po prostu musi poczekać na swój czas.

W dramaturgii też nie ma zastoju. Niedawno ukończyłem trzyosobową sztukę, w sumie w tegorocznej szufladzie znalazły się trzy świeżynki. 

Czyli nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej/gorzej (niepotrzebne skreślić). 

 


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Czy pisanie zbawia

poniedziałek, 22 września 2014 20:17

 

Nie wiem. 

 

Piszę nie po to, żeby zostać zbawionym. Piszę po to, żeby zatracić się w pisaniu. Uciec od rzeczywistości w świat wykreowany na ekranie monitora. Opowiedzieć historię taką, jaką widzę oczami wyobraźni. Pisanie to podróż, której stawką jest wydobycie skarbu i dotarcie z nim do portu macierzystego. 

 

Pisanie jest radością, przeciwieństwem smutku i beznadziei. Sprawia, że momentami widzę jasno, jakby nad moją głową rozbłysła wielka lampa. Mogę mówić to, czego w normalnych, codziennych okolicznościach nigdy bym nie powiedział. Gdy piszę, nieustannie staję naprzeciw siebie i obserwuję moją twarz, czytając z niej najmniejsze ślady fałszu. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 września 2016

Licznik odwiedzin:  703 856  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 703856

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl