Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 661 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Za każdym razem to samo niedowierzanie

sobota, 31 października 2009 10:43



DO ZMARŁEGO


Jeszcze wczoraj otwierałeś skrzynkę wiadomości

piłeś herbatę wychodziłeś z domu czując zimno klamki

wszystko układało się w spójną całość

tak jak Miasto którego byłeś synem


Słowa służyły ci za czekany i cumy

nie pozwalały runąć w mglistą szczelinę

przez którą przygląda nam się śmiertelnie mroźny Kosmos

ale słowa są tylko słowami


Dzisiaj leżysz nagi i opuszczony nawet przez siebie samego

otaczają cię słowa i próbują poruszyć choćby małym palcem

trzeba odpędzić te muchy trzeba cię pochować

o ciemne lustro odwrócone już od ludzkich kształtów.



 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jesień horror niesie

wtorek, 27 października 2009 18:28
Na prowadzonym przez Karola Graczyka portalu literackim PKPZIN znajdziecie moje cztery opowiadania z cyklu strasznego, w sam raz na jesienną deprechę. Mam nadzieję, że podziałają na Was homeopatycznie;)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Slajdy cz. II

sobota, 24 października 2009 10:15



Przypominam o możliwości zakupu bezpośrednio u autora tomu prozy "Slajdy". Cena mocno promocyjna:) Wystarczy skontaktować się ze mną mejlowo: j.jakub74@wp.pl
Na 12 listopada godz. 18 zapraszam do Bydgoszczy, gdzie w Galerii Autorskiej (ul. Pomorska 48) będę "Slajdy" prezentował. Będzie też możliwość nabycia książki.

Na zachętę fragment opowiadania "Licheń" z tomu "Slajdy":

[...] Gnamy przez kaplice. W każdej mnóstwo ludzi. Klękam, próbuję ciszy, ale mój organizm jej nie przyjmuje, odrzut. Na krzyżu wisi Chrystus ze śladami po kulach. Strzelała do niego niemiecka nauczycielka. Strzelała do niego bluźniąc, jak głosi napis na tablicy. A cztery godziny później sama zginęła od kul. W jednej z kaplic są relikwie Błogosławionej Siostry Faustyny. Ale nie wiemy w jakiej, bo dowiadujemy się o tym już po kaplicowym rajdzie.

Mamy jeszcze trochę czasu do mszy w południe, więc decydujemy się wejść na Golgotę. Ile poszło na nią kamieni, kolorowych brył szkła, ile zaprawy, która to wszystko scaliła? Podobno to dzieło jednego, prostego człowieka, który chciał wybudować wotum-górkę, a wyszła mu góra właściwie. Znowu masa ludzi. Jedni wchodzą, drudzy schodzą. Gęsiego, bo przejścia wąskie. Ściany najeżone wystającymi kamieniami o ostrych krawędziach, pewnie wyzbieranych z okolicznych pól. Tu i ówdzie wmurowane kolorowe szkła. Czerwone, niebieskie, zielone, żółte. Co ileś kroków - grota. W jednej figurka dziecka odwrócona tyłem do pielgrzymów, przodem do wizerunku Boga. Na ścianach groty napisy-prośby dziecka: „mamusiu, tatusiu, siostrzyczko, braciszku, panie doktorze... nie zabijajcie". To grota Nienarodzonych. Kamienie pomalowane na czerwono, jakby schlapane krwią. W innej grocie dwie figury kobiece, chyba Maria i Maria Magdalena. Jedna z figur bajecznie oświetlona, jakby oblana tęczą: zrobiło to słońce przedzierając się przez różnobarwne szkiełka.

Idzie się wolno i długo. Niewielu ludzi wygląda na skupionych, zatopionych w modlitwie. Dzieci jak to dzieci - wesołe, podniecone, niektóre znudzone i marudne. Dorośli filmują i fotografują, żartują. Na niektórych kamieniach napisy czy raczej podpisy złożone flamastrami, długopisami, a jeden to nawet lakierem do paznokci. Podpisy całych rodzin. Polska Gminna przyjeżdża tu z wszystkim, co ma najlepszego. Pewnie chce, żeby coś po niej zostało. (Wciąż jestem złośliwy, o ironio, odpuść, daj patrzeć na świat czystym wzrokiem).

Weszliśmy na górę. Jezus już tam na nas czekał. I Jego Matka. Stała pod krzyżem w niebieskiej szacie. Widziałem Ich jeszcze z dołu, ukrytych w przeraźliwym słońcu [...]


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Czarny kwadrat na czarnym tle

poniedziałek, 19 października 2009 20:47


[...] proszę sobie wyobrazić kogoś, kto mówi zaniepokojony: „Dobro i zło przestały się we mnie spierać" jako uczestnika współczesnej popkultury. Otrzymamy obraz człowieka, który dostrzega i nazywa symptomy kryzysu cywilizacji zachodniej, a jednocześnie jest przez nią jak przez ogromną falę tsunami niesiony. Ciekawy pod tym względem jest wiersz napisany w austriackim Grazu. Polski poeta ze starannie skrywanym poczuciem wyższości spogląda na uporządkowany świat Zachodu, w którym nawet „gałęzie/ starych drzew kołysały się bezwolnie jak/ nastolatki w filmach porno". Gdzieś w podświadomości tli mu się romantyzm z jego skłonnością do tajemnicy i nie może zrozumieć, że „park nie jest zgwałconym lasem".


Gwałtowności współczesnych przemian cywilizacyjnych i obyczajowych poeta może przeciwstawić jedynie swoje świadectwo. „Przechodniu, powiedz Sparcie..." - nie, zamiast tego jest: „Na moich oczach miłość/ zamieniała się w seks,/ seks w pornografię,/ pornografia/ w miłość.// Wielokrotnie./ Coraz szybciej".


Wpatruję się w „Czarny kwadrat na czarnym tle" będący głównym motywem graficznym okładki i zastanawiam się czy książkę Tadeusza Dąbrowskiego należy odczytywać jako dokument zmagań z niepoznawalnością czy też dokument kapitulacji wobec niej? Tak czy inaczej mamy do czynienia z dramatem nadświadomości, która nie potrafi pogodzić się ze swymi ograniczeniami. Z dramatem „małej stabilizacji", która najwyraźniej zaskoczyła trzydziestoletniego człowieka.

 

Fragment recenzji tomu wierszy Tadeusza Dąbrowskiego "Czarny kwadrat", która ma ukazać się pod koniec roku w miesięczniku "Odra".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Grzybobranie

sobota, 03 października 2009 14:53


Asfalt zwęził się od zeszłego roku. Ludzie od dróg zdecydowali, że w celu zapobieżenia nielegalnym wyścigom motocyklowym lepiej będzie „sfrezować" boczne pasy jezdni, co zniechęci motorajdowców. Teraz zamiast asfaltu po bokach rosła rzadka trawa. Na „naszym" miejscu stał już jakiś samochód. Pojechaliśmy dalej, po czym zawróciliśmy. Zjechaliśmy na pobocze naprzeciwko zaparkowanego auta i wysiedliśmy z naszej astry. Powietrze było zimne i wilgotne. Od lasu, stojącego ciasnymi szeregami po obu stronach szosy, wiało znajomym zapachem. Były w nim pierwiastki zmurszałego drzewa, mokrego igliwia, stężałej żywicy i grzybni.

Weszliśmy w zagajnik sosen przemieszanych z brzozami. Poszycie było miękkie, porośnięte wysoką trawą, mokre. Tu i ówdzie ślady rycia dzików odkrywały nagą ziemię koloru zaparzonej kawy. Olaf szedł z prawej strony, bliżej duktu, ja bardziej w głębi lasu. Zacząłem żałować, że nie wziąłem kaloszy, bo moje schodzone buty coraz bardziej nasączały się wodą. Naraz zauważyłem czarnego łebka. Wbrew nazwie nie miał łebka czarnego, tylko brunatny, podobny do sierści niedźwiedzia. Był śliski w dotyku i lepki. Zawołałem Olafa.

- Nasz pierwszy w tym roku - powiedziałem.

Potem jeszcze kilka czarnych łebków wylądowało w koszu. Olaf też w końcu znalazł swojego grzyba i był już znacznie spokojniejszy. Szliśmy niespiesznie, brodząc w mokrym poszyciu, które po każdym kroku powoli podnosiło się tak, że niemal zacierało nasze ślady. Przed nami ktoś tędy już szedł - w trawie znaczyła się wąska, ledwie widoczna ścieżyna, jakby od kół prowadzonego roweru. Co pewien czas któryś z nas znajdował kolejnego podgrzybka. W zależności od tego, gdzie rosły, jedne miały jaśniejsze kapelusze i wyższe, cienkie trzonki, inne natomiast miały ciemniejszą barwę i były bardziej - jak to sobie nazywaliśmy - „pupkowate", co oznaczało większe napęcznienie kształtów. Sporo grzybów było robaczywych, zgniłych albo nadgryzionych przez ślimaki. Nagie, szare ciałka wpijały się jak pijawki w miąższ i trzeba było je zdrapywać nożykiem. Ręce wkrótce zrobiły się brunatne i lepkie. Na dnie kosza przybywało zdobyczy, a my posuwaliśmy się w głąb boru. Doszliśmy do granicy, to znaczy poprzecznego duktu, za którym las był już inny, bardziej gęsty, ciemny, o poszyciu z większą ilością igliwia i mchu, mniej trawiastym. Na skraju tego zagajnika, w płytkim rowie przeciwogniowym Olaf znalazł koźlaka. Był bardziej blady od swoich braci podgrzybków, bardziej też łykowaty.

Szliśmy przecinając twarzami i ramionami girlandy pajęczyn. Grzyby rozmieszczone były stosunkowo regularnie, tak że nie było w zbieraniu większych przestojów, które skłaniają człowieka do zamyślenia, a bywa, że nawet zniechęcają do dalszej wędrówki przez las. Nie, tym razem zbiór był może nie bardzo obfity, ale zadowalający. Po jakiejś godzinie, co określiłem w przybliżeniu jako że nie wzięliśmy żadnego chronometru, mieliśmy mniej więcej pół zakupowego, owalnego kosza grzybów. Od czasu do czasu zwracałem Olafowi uwagę, żeby szedł swoim szlakiem i nie przecinał mojego, co syn odbierał z pewnością jako „trucie". Radził sobie zresztą doskonale i wkrótce zbierał tyle samo, a nawet więcej grzybów niż ja. Momentami, kiedy przyspieszał i biegł między drzewami, przypominał w ruchach źrebaczka. Tak właśnie sobie myślałem - „źrebaczek" - patrząc jak blondwłosy siedmiolatek znika i pojawia się między pniami dorodnych sosen, tu i ówdzie pochylając się nad kolejnym „trafionym" kapeluszem. Wiedziałem już, że takie momenty należy celebrować, należy rozsmakowywać się w nich jak w doskonałej potrawie, której dokładki nie będzie.

Ile takich grzybobrań zaliczyłem z ojcem? Pamiętam jak raz w gęstym młodniku natrafiliśmy na ogromne stado kurek. Pamiętam te pomarańczowe postrzępione plechy wystające z brunatnego igliwia. Trzeba było zbierać je na czworakach, tyle ich było.

Nieraz mazgaiłem się, bo ojcu wciąż było mało łażenia po lesie, kiedy ja miałem ochotę wracać do domu, do mamy.

Albo jak kiedyś zgubiliśmy wueskę. Zostawiliśmy ją pod jakimś drzewem, dobrze zasłoniętą kępą jałowców. Ruszyliśmy w las, a kiedy wróciliśmy, to znaczy kiedy wydawało nam się, że wróciliśmy w to samo miejsce, wueski nie było. Nie było, chociaż moglibyśmy przysiąc, że kępa jałowców, w której teraz nie było motoru, była tą samą, w której motor zostawiliśmy. Ile się nachodziliśmy i nadenerwowaliśmy, zanim przypadkiem i całkiem już od niechcenia znaleźliśmy tę naszą zajechaną wueskę.

Kiedyś ojciec zabrał mnie i mojego dalszego krewniaka. Od razu zaczęliśmy się ścigać, kto zbierze więcej grzybów. W którymś momencie prawie jednocześnie zauważyliśmy ogromny jasnobrunatny kapelusz. Prawdziwek! Ruszyliśmy w jego stronę, każdy licząc na to, że ten drugi nie zauważył. Prawie jednocześnie dopadliśmy do grzyba, ogromniastego i ciut kapciowatego prawdziwka. No, prawie jednocześnie, bo jednak kuzyn był trochę szybszy. Było mi głupio przed ojcem, że to nie ja. Przez resztę grzybobrania chodziłem struty i nieuważny. Kuzyn zbierał mi grzyby nawet sprzed nosa. Na szczęście ojciec już więcej nie dobierał go do naszej dwójki.

Wbrew moim przewidywaniom w lesie ziąb doskwierał tak samo jak na otwartym terenie. Po prostu powietrze było już zimne jak diabli, mimo że jeszcze zaledwie kilka dni temu temperatura dochodziła albo i przekraczała 20 stopni. Moje buty były już kompletnie przemoczone, tymczasem minęliśmy pas drzew liściastych, ciasno zasłaniających przejście, a potem trawiastą przecinkę, którą po obu stronach zamykała rozjaśniona perspektywa. Tutaj las był znowu wysoki i prześwietlony, z drzewami rosnącymi w sporym dystansie od siebie nawzajem. A jednak w pewnym momencie stwierdziłem, że Olaf zniknął mi z oczu. Zawołałem gdzie jest i usłyszałem, że też mnie nie widzi. Po chwili między drzewami, które wyglądały trochę jak wycięta z tektury, płaska dekoracja, mignęła biało-pomarańczowa kurtka Olafa. Źrebaczek podbiegł i pokazał trzymany w dłoni pęk lśniących czarnych łebków. Poobcinałem im korzonki i ułożyłem w koszu, kapeluszami do góry. Czułem już ciężar zbiorów i chlupotanie w butach.

- Zawracamy - zdecydowałem, a Olaf chętnie na to przystał.

Szerokim łukiem, zbierając po drodze jeszcze trochę grzybów, ruszyliśmy w drogę powrotną. Ale była już całkiem inna niż ta, którą tu dotarliśmy. Zdawało mi się, że coraz głębiej zapadam się w miękkie, elastyczne poszycie i im szybciej próbuję iść, tym ono bardziej amortyzuje mój wysiłek. Kilkadziesiąt metrów przed nami przebiegła sarna. Dawała żwawe susy między drzewami nie powodując żadnego hałasu poza trzaskiem łamanych gałązek. Wreszcie zniknęła, las ją wessał z powrotem.

Narastał szum - byliśmy coraz bliżej szosy. Szliśmy teraz głównym duktem. U jego końca jaśniała prostokątna plama - wyjście z lasu. Nagle przed nami z lasu na drogę wyszedł mężczyzna. Widzieliśmy go tylko przez moment, bo wszedł do lasu po drugiej stronie drogi. Omiataliśmy wzrokiem oba brzegi lasu, ale nie liczyliśmy już na wielkie zbiory. Chociaż maślak rosnący przy drodze trochę mnie zaskoczył. Popatrzyłem na spód oślizgłego okazu i przypomniałem sobie skąd wzięła się nazwa. A przecież powinno być odwrotnie, bo to nie masło, tylko maślak był pierwszy, a raczej anonimowy grzyb maślakiem dzisiaj zwany.

Myśląc trochę o tym, ale niezbyt intensywnie, tyle tylko, żeby zająć czymś „iście", usłyszałem szmer od strony lasu z prawej i po chwili głos mężczyzny:

- Idzie pan w stronę pasa?

- Tak.

- To dobrze. Dziękuję.

Bo ten zwężony asfalt kiedyś był pasem startowym. Niektórzy motocykliści po wystartowaniu z niego lądowali aż na tamtym świecie.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  807 795  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 807795

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl