Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 328 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Popiełuszko dzisiaj

sobota, 28 lutego 2009 11:21

Próbuję sobie wyobrazić kim byłby ksiądz Jerzy Popiełuszko, gdyby przeżył szykany komunistycznej bezpieki i dożył do czasów dzisiejszych. Jakie stanowisko zająłby wobec lustracji w Kościele, co powiedziałby na wieść o tym, że w jego otoczeniu działali agenci SB, także rekrutujący się spośród księży? Czy tak jak ksiądz Isakowicz-Zaleski byłby nazywany "kapłanem nienawiści" przez niektórych hierarchów i "Gazetę Wyborczą"? A może pracowałby w jakiejś małej parafii na prowincji, z rzadka tylko udzielając wywiadów.

Z pewnością kariery w hierarchii kościelnej by nie zrobił. Za bardzo hardy i nieustępliwy. Nie byłby ulubionym księdzem pana Turnaua z "Wyborczej". Zbyt konserwatywny, nic dziwnego, pochodził z tradycyjnie katolickiej rodziny z Podlasia i nawet kontakty z warszawską inteligencją niewiele mogły tu zmienić. Kiedy zaś upomniałby się o sprawiedliwość dla kapusiów i ich zleceniodawców, spotkałby się z potężną machiną propagandową. Kto wie, czy znów nie przydałby się Urban ze swoimi "informacjami" o "garsonierze" księdza w Warszawie itd. Jeden z cyngli "Wyborczej" mógłby napomknąć coś o "mendekaptusie" ks. Popiełuszki. Stary, wypróbowany arsenał michnikowców. Pewien uniwersytet odwołałby spotkanie z księdzem, tłumacząc to "względami bezpieczeństwa".

To oczywiście tylko domysły, ale warto się zastanowić kim byłby dziś Jerzy Popiełuszko, bo w kinach jest już film Rafała Wieczyńskiego z wielką rolą Adama Woronowicza jako księdza Jerzego. "Popiełuszko. Wolność jest w nas". W filmie jest wyraźnie postawiony wątek wyboru księdza, wyboru drogi jaką ma iść, gdy otoczenie (wraz z ugodowym wobec Jaruzelskiego księdzem prymasem) namawia go, żeby choć na jakiś czas odpuścił, wyjechał z kraju. Popiełuszko zostaje, jego ofiara się spełnia. Choć w innym miejscu wcale nie zachęca do pozostania w Polsce dziewczyny, która mówi, że ma dość dylematów kto jest, a kto nie jest kapusiem bezpieki. Popiełuszko postąpił jak prawdziwy kapłan, do końca był ze swoimi ludźmi.

Jaki sens jego postawa, jego ostateczna ofiara ma dzisiaj, w czasach gdy człowiekiem roku jednego z portali internetowych zostaje Janusz Palikot, a jednym z najpopularniejszych polityków jest facet, który właśnie opuścił swoją rodzinę dla młodszej kobiety? Nie wierzę, żeby przykład księdza Popiełuszki, poparty nawet szeroką akcją promocyjną towarzyszącą filmowi, zmienił postawę milionów Polaków. Nie wierzę w masowe nawrócenia, pokolenia JP2 i tego typu medialne sztuczki. Wierzę w samotność człowieka, sam na sam z potęgą zła, człowieka uzbrojonego jedynie w swoją prostą wiarę i tęsknotę do tych - jak pisał Norwid  - "co mają tak za tak - nie za nie, bez światło-cienia...".

To oczywiście niewiele, bo śmierć księdza Popiełuszki w wymiarze pragmatycznym nie zmieniła ani podejścia władzy komunistycznej do własnego narodu, ani postawy głównego nurtu opozycji wobec władzy. Już cztery lata po tej zbrodni zaczęły się rozmowy, które zaowocowały układem okrągłostołowym, który jedynie pozornie mógł wydawać się spełnieniem popiełuszkowej, a w istocie Jezusowej idei, aby "zło dobrem zwyciężać". Pozornie - bo okrągły stół nie był ani dobrem, ani też nie był zwycięstwem nad złem. Był raczej przejawem kunktatorstwa wobec zła, zamazaniem elementarnego podziału na "tak" i "nie". W tej pragmatycznej, powtarzam, perspektywie męczeńska śmierć księdza Popiełuszki została przez Polaków zmarnowana. Polacy nie dopowiedzieli do tej śmierci własnego post scriptum w postaci ostatecznej rozprawy ze złem komunizmu, czego symbolem byłby chociaż wielki (niechby i pokazowy) proces "Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego".

Ale ma ta kapłańska śmierć sens sięgający dalej i głębiej niż zdolni jesteśmy to sobie teraz wyobrazić. Podobnie jak nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić wpływu słów Proroka Jana Pawła II u Grobu Nieznanego Żołnierza: "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi". W osobie księdza Jerzego zdradzone, sponiewierane i brutalnie zamordowane zostały nasze marzenia o Polsce sprawiedliwej. Dziś, kiedy trwa proces beatyfikacyjny księdza, a jego zakończenie jest już rychłe, nasza historia narodowa jeszcze silniej splata się z historią Jezusa, którego wiernym naśladowcą był ksiądz Jerzy. I tym bardziej jesteśmy winni księdzu Jerzemu dopełnienie jego ofiary. Niech każdy sam odpowie sobie w jaki sposób mógłby to uczynić. Dla mnie - człowieka piszącego - to postulat mówienia prawdy i tylko prawdy, niezależnie od okoliczności i wygody własnej. Dla przedstawicieli państwa polskiego powinien być to nakaz realizacji zasad sprawiedliwości społecznej, zapisanej przecież w konstytucji tego państwa. A zatem - oddania każdemu tego, co mu się należy. Ofiarom - zadośćuczynienia krzywd, oprawcom - słusznej kary. Bez światło-cienia.




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zakazać, a potem się zobaczy

środa, 25 lutego 2009 14:00


Wydawca przysłał mi książkę Tomasza Matkowskiego "Polowaneczko". To gorący paszkwil na środowisko myśliwych. Autor staje zdecydowanie przeciwko polowaniom i wszystkiemu, co się z nimi wiąże. Dużo miejsca poświęca drastycznym opisom uśmiercania czy oprawiania zabitych zwierząt, nierzadko cytując podręczniki łowiectwa i fachowe artykuły. Jeśli oddaje głos drugiej stronie, tzn. myśliwym lub ich sympatykom, to tylko po to, żeby pokazać z jakimi prymitywami mamy tu do czynienia. Wytyka im infantylizm, sadyzm, a nawet braki w ortografii i gramatyce. Mało tego, sprowokowany w ferworze dyskusji, jaka wybuchła kiedyś na Forum Wyborczej, przyrównał "brać łowiecką" do hitlerowców, ponieważ i jedni i drudzy jego zdaniem: "nie mają litości dla swoich ofiar; czerpią przyjemność z pozbawiania życia i z zadawania cierpień; są dumni ze swoich zbrodni; posługują się rytuałem oraz krótkim, dynamicznym pozdrowieniem, które brzmi jak szczęk broni: "darz bór!" (brzmi prawie tak dźwięcznie jak "sieg heil!")...

Zdaniem Matkowskiego, polowania były koniecznością, kiedy ludzie musieli zdobyć pożywienie. Dzisiaj to przeżytek, który cywilizowani ludzie muszą odesłać do "lamusa historii" wraz z "nabijaniem wrogów na pal" czy innymi barbarzyńskimi zwyczajami. Postulat autora jest jasny: powinniśmy doprowadzić do prawnego zakazu polowań w naszych (w domyśle we wszystkich) lasach, tak aby odstrzałem zwierzyny zajmowała się tylko służba leśna, a nie zgraja "seryjnych morderców, czerpiących przyjemność z zabijania i krzywdzenia", jak był łaskaw wyrazić się o myśliwych Tomasz Matkowski.

Aby uzasadnić swoje tezy, dokonuje autor szeregu uproszczeń. Całą, wielowiekową tradycję myśliwską kwituje stwierdzeniem z repertuaru freudystów, że jest to wspólnictwo w zbrodni, której nadaje się rytualny wymiar, porównywalny jedynie z religią (przy czym symboliczna ofiara religijna na polowaniu występuje jako skrawiony "pokot", czyli plon łowów). Właściwie całe łowiectwo, łącznie z dokarmianiem zwierząt czy walką z kłusownikami, to dla Matkowskiego jedynie formy ukrywające prawdziwy i jedyny cel myśliwych: zabicie jak największej ilości jak najpiękniejszych okazów zwierząt, nawet nie po to by je zjeść, ale po to by zdobytymi trofeami zaspokajać swoją próżność.

Imponuje mi zapał i wiara autora tej książki. Wiara w to, że człowiek potrafi zmienić się sam z siebie, wyzwolić się z balastu atawizmów, zakazać organizowania polowań, corridy, budowy cyrków i ogrodów zoologicznych. Jest to wiara współczesnego człowieka wyrosłego w cywilizacji wygody, szybkiego zaspokajania wszelkich potrzeb, cywilizacji która brzydzi się śmiercią i opiewa życie. Ale to pozór, bo w istocie mamy do czynienia z cywilizacją, dla której samo istnienie człowieka jest źródłem pewnej opresji. Istnienie człowieka, a więc to wszystko co człowiek wytworzył swoim umysłem, rękami, ale też duchem - staje się w oczach strażników cywilizacji wygody niebezpieczeństwem dla świata cywilizowanego. Powstają i rozwijają się zatem ruchy wegetarian, wegan, ekologów, renesans przeżywa "Przedsiębiorstwo Globalne Ocieplenie", którego co bardziej zapalczywi działacze postulują zmniejszenie przyrostu naturalnego ludzi jako sposób na powstrzymanie emisji CO2, ergo - zmian klimatycznych. Wrogami - i to śmiertelnymi - stają się nie tylko ludzie jadający mięso, polujący na zwierzęta, chodzący do zoo i cyrku, ale przede wszystkim państwa, systemy prawne, które zezwalają na "barbarzyństwo" i czerpiące z niego ogromne zyski.

W mocno zideologizowanym świecie współczesnych ekologów polowanie jest niebywałym skandalem, ponieważ odnosi się do rzeczywistości ludzkiej, w którym kultura była ściśle związana z naturą. Dzisiaj kultura jest rodzajem laboratorium odseparowanego od świata zewnętrznego, które produkuje nieprzystające do tego świata idee. Tymczasem myślistwo to jedna z ostatnich już sfer ludzkiej działalności, w których człowiek ma okazję obcować z naturą nie jako bierny obserwator-turysta, ale jako aktywny jej uczestnik i - nie bójmy się tego słowa - zdobywca. Co jest złego w byciu zdobywcą? W poczuciu, że człowiek zajmuje najwyższą pozycję w drabinie bytów, którą przecież nie człowiek ustanowił?

Zastanawiające jest to obrzydzenie do krwi, śmierci, zabijania w odniesieniu do zwierząt przy jednoczesnej aprobacie (lub w najlepszym razie przemilczaniu) zabijania milionów dzieci nienarodzonych każdego roku, i to głównie w "cywilizowanych" krajach. A przecież każda aborcja to kawałkowanie ciała, krew, resztki kości. Matkowski twierdzi, że myśliwi do zakłamania swoich zbrodni posługują się eufemizmami (mówią na przykład "pozyskać" zamiast "zatrzelić" zwierzę) i dlatego my, jako ludzie wyzwoleni z atawizmów winniśmy używać słów adekwatnych do rzeczywistości. Zgoda, jak zabijanie to zabijanie. Tylko skąd tyle kontrowersji, kiedy mówi się na przykład, że aborcja to zabijanie dzieci? Od razu padają stwierdzenia, że "płód to nie człowiek", zdaje się tak samo prawdziwe jak to, że "zwierzę nie czuje".

Nie znaczy to, że porównuję polowania do aborcji, chcę tylko pokazać pewien poważny mankament w myśleniu "ekologów" czy "ekologistów". Nie biorą oni pod uwagę bardzo istotnej cechy rodzaju ludzkiego, jakim jest zdolność tworzenia i przekazywania norm zachowań uznawanych przez ogół za moralnie właściwe. Idzie za tym cała, mocno rozbudowana nieraz, sfera obyczaju, zwyczaju, tradycji. To naturalna potrzeba człowieka, który nie jest - jak chce Matkowski - jedynie zwierzęciem, któremu bardziej się poszczęściło w ewolucji. Nie można amputować człowiekowi części tego, czym jest, części jego tożsamości tylko dlatego, że to "niedzisiejsze" albo "niewłaściwe". A kto powiedział, że wszystko co człowiek czyni musi być "właściwe" i "na czasie"? Czy z faktu, że człowiek nie musi już uprawiać seksu z wieloma przypadkowymi partnerami aby się rozmnażać wyciągamy wniosek, aby prawnie zakazać uprawiania seksu pozamałżeńskiego? Nikomu - może poza nieliczną grupą religijnych fanatyków - coś podobnego nie przychodzi do głowy. Tymczasem autor "Polowaneczka" wywodzi konieczność zakazu polowań z faktu, że jedzenie możemy już kupić w sklepach. Czy nie upodabnia go to do tak przez niego znienawidzonych fanatyków? Autor w pewnym miejscu ubolewa nad tym, że z myśliwymi trudno się dyskutuje i zastanawia się dlaczego nie przekonują ich jego argumenty. "Dlaczego, przeciwnie, umocnili się w swojej wierze? Ano, właśnie. Odpowiedź tkwi w tym jednym słowie. Wiara. Nieraz w rozmowach z myśliwymi słyszy się, że polowanie to najwazniejsza rzecz w ich życiu. Nie praca, nie dom, dzieci, żona, tylko - polowanie. (...) Polowanie jest święte. Ono zastępuje tym ludziom religię. Ono JEST ich religią. Stąd reakcja na najdrobniejszą uwagę jest tak gwałtowna, że przypomina furię islamistów na każdą krytykę ich dogmatów". Nie należy, jak sądzę, z tego cytatu wyciągać wniosku, że według autora każda religia jest zła, bo prowadzi do fanatyzmu. Wszak jego wiara w ozdrowieńczą moc prawnych uregulowań jest wiarą dobrą, która z pewnością nie wyrodzi się w ideologiczne zacietrzewienie. Czy rzeczywiście? Jaką mamy gwarancję, że za zakazem polowań (w imię równouprawnienia zwierząt) nie pójdą kolejne pomysły, na przykład zakaz uboju rzeźnego, zakaz jedzenia mięsa, zakaz spożywania wszystkiego "co miało matkę" albo tego "co nie spadło z drzew"? Pytanie dotyczy granicy ideologicznej ingerencji w życie zbiorowości.

Są też praktyczne względy, które każą wątpić w zasadność postulatów Matkowskiego. W jaki sposób i kto miałby chronić zwierzynę leśną przed stadem strzelców-amatorów, które wkroczy tam żeby uprawiać woloamerykankę po tym, jak polowania zaczną być nielegalne? Chyba autor nie jest tak naiwny, by sądzić, że prawny zakaz wyeliminuje samo zjawisko?

Poprzednia książka Tomasza Matkowskiego opowiadała o tym, jak to miejsce człowieka na Ziemi zajęły delfiny, a ludzie stali się zwierzyną łowną. Mam wrażenie, że jest coraz więcej miłujących ludzkość osób, którym człowiek na Ziemi po prostu przeszkadza.

Podziel się
oceń
0
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

Przestój, zastój

poniedziałek, 23 lutego 2009 23:29
Coś się w środku zacięło i napisanie zwykłego tekstu sprawia człowiekowi taką trudność, jakby nie robił tego nigdy w życiu. Grypa szaleje i nie ma zamiaru się wycofać. Śnieg dopiero co spadł, a już pożera go odwilż. Nadaremny obrus.
Bobkowski czytany jeszcze niedawno z wypiekami, teraz wydaje się ciężkostrawny. Atak kaszlu przychodzi nagle i zagłusza myśl, która miała zadatek na coś oryginalnego. Ostatni wiersz powstał wiele tygodni temu.
Przedsięwzięcia wydają się odległe jak zamazana linia horyzontu zamykająca szarawe połacie pól, poprzecinane czarnymi kępami olch i topoli. Niezwykle ważne stają się nagle spłachetki śniegu na trawniku, przypominające mocno przetarte prześcieradło, zmordowane w ciągu wielu ciężkich nocy. Albo sikora, wczepiona pazurkami w cieńki, perforowany dziobkami plaster słoniny, która kiedyś była bladoróżowa, a teraz jest tylko blada. Obserwowanie ptaków jest pozostałością beztroski, która wypełniała kiedyś życie aż po brzegi.
Kaszel podrywa do lotu sikorę, strząsa z ramion ciszę. Powracają lepkie myśli o kolejnych realizacjach czegoś tam.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Co mnie to obchodzi?

poniedziałek, 09 lutego 2009 21:43
Co mnie obchodzi jakaś Włoszka Eluana odłączona od aparatury dostarczającej pokarm do jej organizmu? Co mnie obchodziła jakaś Amerykanka Terri, której mąż "wywalczył" możliwość zagłodzenia jej na śmierć? Obie żyły gdzieś daleko, a znałem je tylko z medialnych przekazów. Pewnie gdyby nie to, nigdy nie dowiedziałbym się o ich istnieniu i o ich śmierci. Dlaczego więc miałbym się przejmować ich losem, zajmować nimi swój czas, który mógłbym przecież poświęcić na bardziej praktyczne zajęcia?
"Co mnie to obchodzi?" to jedno z najczęstszych pytań jakie słyszę i jakie sam sobie zadaję. Często używane jest nie jako pytanie właśnie, ale jako samoistna odpowiedź, formuła dla obojętności, jaką przyjmujemy w kontakcie ze światem, z ludźmi.
Przychodzi mi teraz na myśl tylko jeden obraz: Jezus na krzyżu, cierpiący, spragniony, na wpół świadomy. Jakiś rzymski żołdak podchodzi do Niego i przebija mu włócznią bok. Może też chce zakończyć Jego "wegetację" na drzewie krzyża? Może nawet w ten sposób pojmuje litość?
Ta historia nie kończy się, trwa, twarze Eluany i Terri nie odejdą w zapomnienie, z przebitego boku tryska woda życia. Tylko "co mnie to obchodzi?"...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Mój wiersz w "Rzepie"

sobota, 07 lutego 2009 12:19

W dodatku Rzecz o Książkach dziennika "Rzeczpospolita" ukazał się mój wiersz pt. "Piosenka zimowa". Zapraszam do lektury.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  786 972  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 786972

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl