Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 328 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Chuj pani dyrektor*

wtorek, 19 marca 2013 21:58

Żadna instytucja nie znajduje się dziś pod takim obstrzałem, jak Kościół katolicki. Żadna instytucja, włącznie z partiami politycznymi, nie jest dziś tak dokładnie prześwietlana, lustrowana, nicowana pod różnymi kątami, jak dzieje się to dziś z Kościołem. Popularne tygodniki i portale internetowe pełne są artykułów opisujących rzeczywiste i wyimaginowane grzechy kościelnej hierarchii. Mozna powiedzieć, że Kościół skupia na sobie uwagę przede wszystkim tych, którzy na co dzień są od niego daleko, nie żyją jego sprawami, nie mówiąc już o praktykowaniu. 

 

Wiele głosów krytyki z daleka zalatuje fałszywą troską, która ledwie przykrywa prawdziwe intencje krytyków. Nie chodzi im o "zreformowanie" Kościoła, o uczynienie go bardziej "otwartym" i "liberalnym". Chodzi o zniszczenie Kościoła takiego, jakim on jest. Środki prowadzące do celu nie są istotne. Rzadko można spotkać się z wyważonymi głosami, znacznie częściej są to emocjonalne bądź na zimno cyniczne ataki. Do tych drugich należą artykuły publikowane w takich pismach, jak "Nie", "Newsweek" czy "Wprost". Te pierwsze często są autorstwa tak zwanych celebrytów czy też artystów. Wynika to zapewne ze starego przekonania, że artyście wolno więcej, że wyraża on to, co boją się mówić głośno "maluczcy".

 

Oto pani kierująca publicznym teatrem w Poznaniu, w dniu wyboru nowego papieża pisze na swoim facebookowym koncie: "No i wybrali chuja, który donosił wojskowym na lewicujących księży". Wybucha burza. Sypią się głosy oburzenia. A pani dyrektor brnie w jak zawsze usłużnej w takich wypadkach "Gazecie Wyborczej": "To jest człowiek, który robił karierę w czasach zbrodniczej dyktatury, nie odciął się od niej, nie działał przeciwko generałom. Historia uwikłania Kościoła argentyńskiego w zbrodnie junty jest powszechnie znana, a zarzuty wobec nowego papieża są bardzo poważne. Więc swojego zdania o nim nie zmieniam".

 

Postęp jest, bo tu już "chuj" nie donosi na lewicujących księży, a jedynie nie działa przeciwko generałom. Jakieś dowody na któregokolwiek z tych ostrych przecież oskarżeń? Pani dyrektor ich nie podaje. Zamiast tego mozolnie kreuje się na ofiarę katolickiej, zaściankowej Polski, która nie dorosła do nowoczesnej demokracji. Jeśli dobrze rozumiem, nowoczesna demokracja jest wtedy, kiedy można nazywać przywódcę duchowego katolików chujem, ale nie można powiedzieć autorce tego epitetu w twarz co się o niej myśli, bo wtedy jest się... no właśnie. 

 

Cała ta sytuacyjka jest oczywiście burzą w szklance wody. Pani dyrektor zapewne nie straci swego stołka, a nawet jeśli straci, to wśród eklezjofobów (a co, nam katolom też wolno tworzyć "fobów") zyska nimb męczennicy. W obecnym polskim teatrze to niezły handycap. Machnąłbym na to ręką, tak jak macham na wiele podobnych sytuacyjek, bo mam mało czasu i staram się go wykorzystywać na moim zdaniem pożyteczniejsze rzeczy. Ale są momenty, kiedy trzeba powiedzieć "dość".

 

Tak, pani dyrektor, dość. I szczerze mówiąc mam gdzieś, czy czuje się dziś pani zaszczuta, czy tylko skonfudowana reakcją na swój chamski wybryk. Nie odbieram pani prawa do wygadywania głupstw gdziekolwiek się to pani spodoba, ale dlaczego musi pani brać za to publiczne pieniądze? Czy to się godzi rewolucjonistce? 

 

* Chcę powiedzieć, że stanowczo potępiam siebie za ten tytuł. Ale natura katolika jest ciemna i grzeszna... choć z nadzieją na poprawę. 


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Tryptyk o Nieobecnym. W czwartą rocznicę śmierci Kazimierza Hoffmana

niedziela, 03 marca 2013 13:11

Trzeciego marca 2009 roku zmarł Kazimierz Hoffman, poeta, wieloletni dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej, prezes bydgoskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, w roku 2005 laureat nagrody Polskiego PEN Clubu za całokształt twórczości poetyckiej. Opublikował 19 tomików poetyckich, od debiutanckiego „Trzy piętra domu” (1960) po ostatni – „Znaki”, wydany w roku 2008, a także dwa tomy szkiców poświęconych sztuce. Urodził się w 1928 roku w Grudziądzu. Ukończył socjologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po studiach, w 1953 roku, rozpoczął pracę w bydgoskim oddziale PAP, którym kierował w latach 1969-1981. Hoffman napisał rzetelną relację z tzw. wydarzeń bydgoskiego marca 1981 roku, jednak zamiast niej w prasie ukazała się wersja oficjalna. Na znak protestu Hoffman odszedł z PAP. Do 1988 roku pracował tygodniku społeczno-kulturalnym „Fakty” w Bydgoszczy. Od 1989 roku niemal aż do śmierci kierował najpierw bydgosko-toruńskim, a następnie bydgoskim oddziałem SPP. Kazimierz Hoffman został pochowany na cmentarzu na bydgoskich Bielawach.  

Po śmierci poety, w 2010 roku nakładem bydgoskiego SPP ukazał się tom wspomnień zatytułowany „Niewysychające nigdy źródło”, zawierający teksty jego przyjaciół, znajomych i współpracowników. Rok później, nakładem Wydawnictwa Uczelnianego Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy ukazała się książka pt. „Poznawanie Kazimierza Hoffmana” pod redakcją Roberta Mielhorskiego i Marka K. Siwca. Jest to plon sympozjum krytycznoliterackiego poświęconego różnym aspektom twórczości bydgoskiego poety.

Obie pozycje godne są polecenia. W czwartą rocznicę śmierci K. Hoffmana warto sięgnąć również do początków jego poezji oraz do jej podsumowania zawartego w ostatnim tomie „Znaki”.

 

I

Oto fragment zapisu audycji „Poetyckie spotkanie z Kazimierzem Hoffmanem” ndanej 8 grudnia 1950 roku na antenie Bydgoskiej Rozgłośni Polskiego Radia, ze "słowem wiążącym" Zbigniewa Herberta:

 

Był czas, kiedy nazywano ich „Kochankami muz” albo „Wybrańcami spadających gwiazd”. Chodziło o to, aby nie obrazić ich pospolitym imieniem. Bo sztuka ich wydawała się czemś niezwykłym i tym więcej była warta im mniej była dostępna, im bardziej obca ludziom prostym.

Leży oto przede mną mały tomik przepisanych na maszynie wierszy. Nie były one nigdzie drukowane i mam poważny kłopot z przedstawieniem ich autora. Wiem bowiem tylko tyle, że nazywa się Kazimierz Jerzy Hoffman. Po przeczytaniu jego wierszy mógłbym dodać dla uzupełnienia tej szczupłej informacji – że jest on poetą.

Nie wydaje mi się słuszne, aby grzebać w szczegółach biograficznych młodego debiutanta. Znacznie więcej powiedzą nam o nim jego wiersze.

                                  

                                   Zwrócony ku słońcu

                                   patrzę w wąską perspektywę czasu:

 

                                   Wartości, które miały być wiecznymi –

                                   są tylko prochem.

                                   Ani iskry, drobiny żaru.

 

                                   Zasady, które miały stworzyć

                                   etykę powszedniego życia –

                                  

                                   to tylko pamięć

                                   kształtu strasznego nocy bez nieba…

 

                                   Zwrócony ku słońcu – dojrzałem.

 

                                   Wycieram z oczu obrazy

                                   bolesne jak ziarna piasku…

                                   którym nie można dać nazwy…

                                   wycieram,

                                   by nie wróciły.

 

                                   W południa – substancje

                                   z cegły, stali i liścia –

                                   patrzę w twarz człowieka:

                                   Czytam

                                   nowy

                                   świat.

 

Wiersz ten jest nie tylko osobistym wyznaniem poety. Ma sens powszechny – jest wyznaniem pokolenia młodzieży, która przeżyła wojnę i związany z nią upadek dawnych wartości i zasad. Ponuremu, prawie tragicznemu nastrojowi pierwszej części, wspomnienia „nocy bez nieba” – przeciwstawia się zakończenie, akord wiary w nowy świat, odczytany w twarzy człowieka, w twarzy bliźniego.

Tytuł wiersza „Dojrzałość” – przy czym autor wykorzystuje poetycko rodowód tego słowa, pochodzącego od czasownika „dostrzegać”. Dojrzałość polega na wnikliwym dostrzeganiu, na dochodzeniu do istoty rzeczywistości, do praw kierujących życiem.

Wiersz zawiera wszystkie cechy, zalety i niebezpieczeństwa poezji Hoffmana. Przede wszystkim są to wiersze intelektualne, wymagają czujnego współdziałania odbiorcy. Obrazy wyszukane, przenośnie oryginalne, stronienie od ogranych chwytów poetyckich, od bezładnej gry wyobraźni i uczuciowego chaosu. Poezja osadzona „wolą wymiernego kształtu”.

Niebezpieczeństwem tej poezji jest zbytnie zaszyfrowanie treści. Treść winna być łatwa i w pierwszej linii atakować czytelnika. W zwrotach: „wartości, które miały być wiecznymi”, „Zasady, które miały stworzyć etykę powszedniego życia” – słowa „wartości” , „zasady”, „etyka” – są poetycko martwe, nie mają siły wzruszania. Poeta nie umiał przetłumaczyć tego na język liryki, język obrazów i porównań.

(...)

 

Nasze poetyckie spotkanie dobiega końca. Wierzymy, że nie będzie to ostatnie spotkanie z poetą. Odtąd pilnie śledzić będziemy jego nowe wiersze.

I na koniec nie nazwiemy go napuszonym określeniem „wybrańca spadających gwiazd”. Aż nadto wyraźnie deklaruje on swoją solidarność z ziemią, z człowiekiem. Jest jednym z nas.

Słyszycie, jak wzruszony chce mówić z nami?...

 


II

"Niewysychające nigdy źródło". Wywiad, jakiego K. Hoffman udzielił autorowi bloga (pierwodruk na łamach "Toposu" nr 5-6 (84-85) 2005:

Jarosław Jakubowski: Zacznijmy od Zbigniewa Herberta. To On w latach 50. wprowadził Pana do literatury. Jaki ma Pan stosunek do tego poety? Czy Pańskie zainteresowanie sztuką wzięło się również z fascynacji Herbertem?

Kazimierz Hoffman: 8 grudnia 1950 roku. To dzień mojego debiutu na Fali bydgoskiej Polskiego Radia. Tak, za sprawą Zbigniewa Herberta. On omawiał wówczas moje wiersze. Jego było słowo wiążące. Odwdzięczam się Mu teraz przypomnieniem, cytatem. To jedyne mogę w tej chwili uczynić.

            „do końca byli wierni

            do końca byli podobni

            jak dwie krople

            zatrzymane na skraju twarzy”

Przytoczyłem końcową strofę Herbertowego wiersza otwierającego jego pierwszą książkę poetycką: Struna światła. Niezapomnianą przeze mnie od pół wieku. Żywą, jakbym czytał ją przed chwilą po raz pierwszy. Dwie krople, tak, to wiersz dla mnie bezcenny wręcz, bo wzrusza mnie nadal. W podobny sposób odbierałem niegdyś młodzieńczy liryk Miłosza, pisany w Wilnie, w 1937 roku – Spotkanie, zaczynający się od słów: „Jechaliśmy przed świtem po zamarzłych polach...”. Ale ten wiersz Herberta jest mi chyba bliższy, tak, jest bliższy. Łączy się z moim wspominaniem czasów wojny, widzianej oczami dziecka przedwcześnie doświadczonego...

Przeżycie z wierszem Herberta było i jest  j e d y n e  w swoim rodzaju. Ale to dziwne: nie wywołało konsekwencji. Herbert nie oddziałał na moją twórczość, nie wpłynął też na moje umiłowanie sztuki. To umiłowanie czerpałem i czerpię nadal z niewysychającego nigdy źródła – z natury. I z dzieł sycących się naturą. Stąd moje ukochanie malarstwa Impresjonistów. I Debussy’ego. Tego doświadczał chyba i Lutosławski w swoich symfoniach: Trzeciej i Czwartej.

 

- W albumie wydanym na 25-lecie Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego w Bydgoszczy napisał Pan: „Od początków mojego pisania zawsze miałem pewność, że to, co rzeczywiste, co w naoczności, ma sens. Ta pewność w miarę upływu lat umacnia się. Trwa”. Odbieram te słowa jako Pańskie credo poetyckie. Ale – skąd ta pewność?

- Pytanie o sens bytu jest w końcu pytaniem o samego perceptora, o  d o z n a j ą c e g o  rzeczywistość. Z czego wyrówsł,  k t o  go ukształtował, co przyjął i przejął zanim zaczął patrzeć i sądzić? Jeśli chodzi o mnie, powiem krótko: miałem szczęście – moi Rodzice głęboko wierzyli w Boga. Ojciec w lewej górnej kieszeni swego oficerskiego munduru zawsze nosił różaniec, gruboziarnisty, drewniany, jak u mnichów. Jego matka dała mu ten różaniec, kiedy jako młodzieniec, bezpośrednio po maturze wyruszał na I wojnę światową. Walczył potem w dwóch następnych. Zawsze z tym różańcem na piersi. Pochowałem go z nim, 80-letniego starca.

Miałem szczęście. Przekazano mi wiarę w Boga. I dochowuję jej, choć to nie jest łatwe. Ale dochowuję. I to właśnie określa mój stosunek do naoczności, do tego co jednostkowe, do przedmiotu. To tłumaczy też mój stosunek do Formy.

Ale aby w moim mówieniu o sensie bytu, o jego uzasadnieniu, znalazło się również coś „świeckiego” – przykładowo i z dużym uproszczeniem interpretacyjnym posłużę się czymś, nie ukrywam, nader mi bliskim. Wziąłem to z fenomenologii Husserla. Istnieją przedmioty natury. Postrzegane są one poprzez świadomość w ten sposób, że obdarzone są sensem. Sensy te bada, w ich konstytuowaniu się, Husserlowska fenomenologia. Ale w naszym tu przypadku absolutnie wystarczające jest to pierwsze: przedmioty natury obdarzone są sensem! Od siebie dodam jeszcze: i każdy z nich muśnięty jest esencją.

Husserl potwierdza moją pewność wywiedzioną z mojej wiary. Z daru Rodziców. I żaden relatywizm jej nie obali, żaden dekonstruktywista nie naruszy.

 

- Od wielu lat prowadzi Pan dyskretną polemikę z Tadeuszem Różewiczem. Pan widzi nadzieję, choćby w tym „co jest”. Różewicz jest raczej pesymistą, niektórzy nawet twierdzą, że nihilistą. Na czym Pana zdaniem polega Wasz „protokół rozbieżności”?

- Różewicz... To dla mnie najważniejszy poeta polski po Oświęcimiu. Bez jego Niepokoju a zwłaszcza Czerwonej rękawiczki nie byłoby Herbertowej Struny światła, Staffa Wikliny ani tych paru końcowych liryków z Mapy pogody Iwaszkiewicza. To pewność intuicji, instrumentu poznawczego o mniejszym ryzyku błędów niż w przypadku rozumu. To pewność w rodzaju sądu a priori, nie wymagająca zatem dowodzenia.

Przypominam sobie wypowiedź Szymborskiej: Każdy z nas, poetów, zawdzięcza coś Różewiczowi. Pyta Pan o moją polemikę z Nim. To zbyt górnolotne, znam dystans jaki nas dzieli. Niemniej chodzi o rozbieżności, owszem, kilka z nich, mówiąc szczerze, boli mnie. Wskażę na dwie tylko. Jedna dotyczy estetyki, druga teologii. Obie bolą.

            „poezja powlecze się

            dalej”

czytam pod koniec wiersza Wiedza. Różewicz w nim ironizuje, jakby mówił o czymś zupełnie marginalnym. Jakże inaczej postrzega poezję Paul Celan, kiedy w jednym ze swoich esejów zauważa: „Poezja wyprzedza nas, mija i podąża dalej”. Jakie to trafione! Ten ruch, ta lotność określenia; ta Celanowa  p r a w d a  o poezji, ten szacunek do niej, na szczęście, biorą u mnie górę nad konstatacją Różewicza. I

I jeszcze to: „Wygaśnięcie Absolutu niszczy sferę jego/ przejawiania się”. Głośny dystych z  Płaskorzeźby poraził mnie nie tyle swoją treścią, co „pewnością siebie” wypowiadającego go. Dałem temu wyraz w utworze zatytułowanym Z nagrań dla N., który ukaże się w „Twórczości”. Niemniej w tym tekście odnajduję i takiego Różewicza:

            „ten Człowiek

            syn boży

            jeśli umarł

 

            zmartwychwstaje

            o świcie każdego dnia

            w każdym

            kto go naśladuje”

to końcowe dwie strofy wiersza opublikowanego przez Poetę w jednym z zeszłorocznych numerów „Tygodnika Powszechnego”. Wykluczam tu grę, zabieg. Tu bije przeświadczenie.

Różewicz... mutant węszący. Do bólu. Czuje Boga. Takim go widzę od dłuższego czasu.

 

- „Hoffmanowe <<uchwycić>> to ujrzeć istotę fenomenu, widzieć po prostu i po raz pierwszy (...) albo usłyszeć (...)” – napisał Krzysztof Kuczkowski w „Toposie” 5/2004. I jeszcze jeden cytat, z Pana: „materia jest konkretna” (Z Księgi w: Kos i inne wiersze). Jakie konsekwencje dla swojej poezji wyciąga Pan z tych twierdzeń?

- Widzieć po prostu i po raz pierwszy... Nie trzeba bywać poetą, aby doświadczać tego w uważnej, skupionej i „szczerej” percepcji. A co dopiero, kiedy bywa się poetą!

Przesuwający się obłok w słoneczny dzień, śledzenie go, na chwilę choćby, czyż nie obdarza nas „odkryciem świata” z dzieciństwa, nie zwraca – na moment – ku niemu? A dotknięty liść klonu – czyż nie jest  k o n k r e t n ą  materią? To z jej trwałości w moim widzeniu, z jej namacalności w moim dotyku buduję wiersz, rzecz, tak: konkretną rzecz. Krzysztof Kuczkowski to zauważył. Odwdzięczyłem się mu dedykując zwięzły poemat zatytułowany Wiersz. Ukazał się w lutowo-marcowym numerze tegorocznej „Twórczości”.

Aby nie było niedopowiedzeń, powiem i to: mnie, stale oczarowanemu naturą, wystarcza prosta teza filozofii zdrowego rozsądku: widzimy rzeczy takimi jakimi są.

 

- Swój zbiór szkiców o malarstwie zatytułował Pan Przy obrazie. Można to odnieść do materii poetyckiej, bo mam wrażenie, że obraz jest dla Pana punktem wyjścia. Ale czy nie dostrzega Pan niebezpieczeństwa „uwiedzenia” przez obraz? Jak się Pan przed tym zabezpiecza?

- Myślenie bez naoczności jest niczym. To słowa Kanta. A jeśli naoczność w myśleniu, to i wyobraźnia, zaś wyobraźnia to obrazy. Rozprawiamy o poezji, przeto ten ciąg uzależnień nabiera jeszcze większej mocy.

Powiedziano mi w lutym tego roku przy okazji wręczenia Nagrody Polskiego PEN Clubu za całokształt twórczości poetyckiej, że do mojego sposobu „ujmowania bytu” pasuje refleksja Simony Weil: „Prawdziwy malarz przez napięcie uwagi jest tym, na co patrzy. Przez ten czas porusza się jego ręka trzymająca pędzel”. Być sam obrazem przez  w n i k n i ę c i e  w obraz... Czy to nie oddaje również fenomenu „wchodzenia” poety w świat wiersza?

Ale utwór poetycki to nie tylko obraz. Dobrze o tym wiemy. To nade wszystko

u t r w a l o n e  brzmienie. Tak, eufonia – właściwe brzmienie słów. Gadamer przyjął eufonię jako probierz tego, co poezją jest, a co nią nie jest.

Właściwe brzmienie słów... Ile tu możliwości klasyfikacyjnych i interpretacyjnych tego określenia! Zatrzymam się chwilę nad jedną tylko: orkiestracją struktury wiersza, jego składni, jeszcze ściślej – na udziale rymów i asonansów wewnętrznych, zwłaszcza asonansów.

... Ich odbrzmiewania, te nawoływania się wzajemne w przestrzeni utworu! Niby pary zięb w lesie, ptaków mojej młodości. D o z n a ł e m  ich z całą mocą po raz pierwszy w lasach koło Łagowa, trzy lata po wojnie... Do dziś, starzec, kocham ten śpiew. Przypominam go sobie bezwiednie, tak, słyszę za każdym niemal razem, kiedy piszę wiersz i kiedy  t r a f i a m  w te odbrzmiewające w nim miejsca... Bo zdarzają mi się, owszem, takie dary: obraz niesiony eufonią, czystą brzmieniowością... Zdarzają. Tylko. Bowiem poeta to nie etat z najwyższą premią. I Norwid miał rację: poetą się bywa. Tylko. I aż. A to przywołuje jedno jedyne słowo: łaska. Ale do niej potrzeba także jednego: pokory.

 

- Stary człowiek przed Poematem – to tytuł jednego z ostatnich Pana tomów. Czy Pana zdaniem możliwe jest połączenie postulatu „trwania” z odchodzeniem człowieka i z wszystkimi biedami, jakie się z tym wiążą? Co może stwarzać taką równowagę?

- Wiara. Pewność, że życie się zmienia, ale nie kończy. Ostatecznie pada tu pytanie o tajemnicę Przejścia. I oto w naszym spotkaniu zbliżyliśmy się do  c z e g o ś  na co lepiej będzie odpowiedzieć zdaniem, którym kończy się Tractatus Wittgensteina: „O czym nie można mówić, o tym należy milczeć”. Uczyńmy to, panie Jarosławie.

 

- Dziękuję za rozmowę.

 

 

III

Fragment mojej recenzji ostatniego tomu wierszy K. Hoffmana pt. "Znaki":

Ostatni tom Kazimierza Hoffmana zatytułowany „Znaki” został zadedykowany Ryszardowi Kapuścińskiemu. To nie przypadek. Obaj, reportażysta i poeta, byli kolegami z Polskiej Agencji Prasowej. Kazimierz Hoffman przepracował w dziennikarstwie 27 lat. Jak mówił, była to znakomita szkoła pisania, gdzie nabył umiejętność umieszczania w tekście tego, co najważniejsze i skreślania tego, co zaciera sens wypowiedzi. Pewnie gdyby nie pisanie i redagowanie depesz agencyjnych, wiersze bydgoszczanina nie byłyby tak zwięzłe. Choć nie jest to zwięzłość haiku, raczej – ulotnej rozmowy z samym sobą. Stąd tyle tu niedopowiedzeń, edytor powiedziałby „światła”. Tak, istotnie, wiersze Kazimierza Hoffmana przenika światło. Tak jest w „Znakach”: „tyle darów naraz to/ nagłe przyspieszenie i/ skąd te słowa raptem”. Tak było we wcześniejszych tomach. - Wybitny krytyk Jacek Łukasiewicz powiedział niedawno, że jestem poetą religijnym. Dla mnie to niezwykłe wyróżnienie, choć nieczęsto używam w swoich wierszach słowa „Bóg” – mówi poeta.

Do podobnych wniosków doszedł analizując poezję autora „Kosa i innych wierszy” Piotr Matywiecki. „Pod wszystkimi intuicjami, odczuciami i przemyśleniami Hoffmana ukryta jest najgłębsza, najdyskretniejsza tęsknota za Absolutem, za Bogiem. Bóg w tej poezji występuje jako wielkie, niepoznawalne "TO" - i zarazem jest nam najbliższy, bo wymaga od nas człowieczeństwa” – napisał.

A sam Kazimierz Hoffman, pytany kilka lat temu o swoje poetyckie imponderabilia, wyznał: „Miałem szczęście. Przekazano mi wiarę w Boga. I dochowuję jej, choć to nie jest łatwe. Ale dochowuję. I to właśnie określa mój stosunek do naoczności, do przedmiotu. To tłumaczy też mój stosunek do Formy”. Pisząc o poprzednim tomie Hoffmana „A-dur” Janusz Drzewucki zauważył: „Świat według poety to "forma // w ruchu" (Beckett, Tybinga). Ruch okazuje się stanem świata. Byt "jest / w ruchu" (Nad ósmą elegią), do takiego wniosku dochodzi Hoffman, czytając Elegie duinejskie Rilkego”.

Za najważniejszego polskiego poetę powojennego uważał Hoffman Tadeusza Różewicza. I pewnie dlatego tak boleśnie odbierał każdy wiersz, w którym autor „Płaskorzeźby” skłaniał się w stronę stwierdzenia, że „życie bez Boga jest możliwe”. Wiersz „Z nagrań dla N.” publikowany i w tomie „A-dur”, i w „Znakach” (wcześniej także w „Twórczości”) to niejako próba „obrony” Różewicza... przed nim samym. Punktem wyjścia staje się fotografia poety, „w delikatnych oprawkach szkieł/ wzrok, para oczu starca, z których/ jedno oswaja, drugie odpycha”. Może jeszcze tylko w stosunku Herberta do Miłosza dało się zauważyć tak namiętną mieszankę podziwu i rozczarowania.

Kiedy 55 lat później polski Pen Club przyznawał Hoffmanowi swoją nagrodę za wybitne zasługi na polu poezji, pisarz był już wówczas autorem szesnastu tomów wierszy i dwóch książek eseistycznych. Do końca swojej drogi twórczej dorobek poetycki wzbogacił o trzy kolejne tomiki.

Adam Pomorski, wiceprezes polskiego oddziału Pen Clubu podkreślał przy okazji przyznania nagrody: „To człowiek niesprzeniewierzający się swoim życiem temu, co pisze. Nawet w najcięższych czasach Hoffman był zawsze krystalicznie czystą postacią”. W 1981 roku poeta rzuca pracę w PAP. Nie może przejść do porządku dziennego nad ingerencjami „czynników partyjnych” w jego relacje z wydarzeń Bydgoskiego Marca 1981 roku. Przez siedem kolejnych lat pisze o sztuce w bydgoskim tygodniku „Fakty”. Plonem zainteresowań malarstwem jest tom szkiców „Przy obrazie” (1998).

Kazimierz Hoffman nie „bywał”, obce mu były środowiskowe meandry, rzadko spotykła się z czytelnikami. Julia Hartwig zauważyła kiedyś: „Jest jednym z tych poetów, którzy swoją prawdę wypowiadają nie dbając ani o pozyskanie czytelnika, ani o przysporzenie sobie chwały. Jest to poezja często trudna, obwarowana filozoficznie, a przecież wrażliwa i na przyrodę i na ludzki los. Z pewnością jest to poezja poszukująca, i w sensie ludzkim i poetyckim. I to jest chyba jej największa cnota”.

Trzeba też powiedzieć, że poezja ta trafiła na znakomitych krytyków, którzy pomogli jej zaistnieć szerzej. Przełomowym dla recepcji tej twórczości momentem był szkic Artura Sandauera pt. „Samotność z dalekopisem. Rzecz o Kazimierzu Hoffmanie”. Mimo że cicha sława poety wciąż rosła, on sam nie zmieniał się ani na jotę. Wciąż tak samo skromny i zagłębiony w książkach ukochanych filozofów – Husserla, Kanta, Pascala - i w manuskryptach. Nie używał komputera, poczty elektronicznej. Listy pisał ręcznie. Równie zwięzłe co wiersze. W jednym z wywiadów Henryk Bereza powiedział: „Z wieloma osobami mam związki wyłącznie korespondencyjne – Kazimierz Hoffman na przykład – parozdaniowe listy, oszczędność słowa – a korespondencja istotna. Przysłał mi już po raz drugi opłatek z życzeniami, zwyczajnymi życzeniami, ale nie bez znaczenia. On wie, że mam kult jego poezji i słowa”.

Poeta najchętniej pracował w pokoiku na piętrze galerii BWA w Bydgoszczy, z widokiem na ceglaną bryłę kościoła Św. Apostołów Piotra i Pawła (ubolewał, gdy wycięto spod okna jego ulubione drzewo). Pokoik wynajmował za własne pieniądze, również na potrzeby lokalnego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Tom „Znaki” zamyka króciutki wiersz bez tytułu: „wieża ze światła. Chorał, nie/ nie wiem który. Wieża ze światła/ chorał. On mnie umacnia”. Umacniały starego poetę (ale i niezmiennie zadziwiały) również wyrazy sympatii płynące z różnych stron, jak choćby dedykowany mu wiersz „Co powiedział poetom świat?” z tomu wierszy Krzysztofa Karaska „Autostrady i konie” (2008). Choć nie jest pewne, czy Kazimierz Hoffman zgodziłby się z powracającym tu zdaniem: „Nie będzie żadnej Apokalipsy”...

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  786 947  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 786947

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl