Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 328 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


"Generał i inne dramaty polityczne"

poniedziałek, 26 maja 2014 21:07

Attachment-1.jpeg"Generał i inne dramaty polityczne" - moja nowa książka, plon siedmiu lat pisania dla teatru. Zamieściłem w niej osiem utworów, w tym tytułowego "Generała", który miał prapremierę trzy lata mu w warszawskim Teatrze IMKA. Ponadto znalazły się w niej sztuki: "Kamień", "Nareszcie możemy być źli", "Głową w dół", "Dziura", "Ostatnia królowa", "Nowy Legion" oraz "Luna". 

 

Mam nadzieję, że po tę książkę sięgną zarówno ludzie teatru (może skłoni reżyserów do realizacji któregoś z utworów?), jak i tak zwani zwykli czytelnicy. Bo nie traktuję pisania sztuk teatralnych jako czegoś innego niż pozostała działalność pisarska. Dramat jest równoprawnym gatunkiem literackim, wbrew temu, co twierdzą zwolennicy postmoderny, dla których dramat to jakiś półprodukt, szkic zaledwie, punkt wyjścia do snucia scenicznych esejów. 

 

Tak się złożyło, że śmierć starego generała zbiegła się w czasie z publikacją tej książki. Nie chcę, żeby "Generał" był łączony wyłącznie z tą jedną, doskonale wszystkim Polakom znaną, osobą. To dramat o wszystkich dyktatorach tego świata. Tak samo pozostałe historie zamieszczone w tym zbiorze - są z ducha polskie, ale myślę, że będą doskonale rozumiane w wielu innych krajach, mających za sobą doświadczenia dyktatury i wyjścia z niej. 

 

Wydawcą "Generała i innych dramatów politycznych" jest Agencja Dramatu i Teatru. Książkę można zamawiać bezpośrednio u wydawcy lub w księgarniach, między innymi sieci "Matras".


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

Nie lada majster słowa

sobota, 24 maja 2014 10:31

pioro_6339921.jpg

Marek Nowakowski napisał autobiografię literacką, książkę którą połyka się w ciągu jednego wieczoru. Autor opisuje swoje pisarskie początki, wraca wspomnieniami do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kiedy krystalizowała się jego strategia literacka. Pisze o niej sporo w różnych miejscach książki. Przede wszystkim strategia ta sprowadzała się do bycia wiernym swojemu tematowi, swoim bohaterom i wolnym w coraz bardziej zniewalanym świecie polskiej literatury krajowej. Z jednej strony głód pisania, z drugiej „obawa przed narodzinami grafomana, niepohamowanego maniaka zaczerniania papieru pustą gęstwą niepotrzebnych słów. Biednego, żałosnego opętańca wystawionego na okrutne żarty, kpiny. Tego obawiałem się najbardziej”. Tak pisze Nowakowski na początku swojej barwnej opowieści. Zaczyna się od wspomnienia pierwszego opublikowanego opowiadania „Kwadratowy”, od terminowania w ówczesnych ośrodkach młodoliterackich, takich jak choćby tygodnik „Współczesność”.

 

Mięsem tej gawędy są opisy miejsc i ludzi. Wędrujemy wraz z Nowakowskim po warszawskich knajpach rozrzuconych wzdłuż szlaku: Kolumna Zygmunta – Wiejska, odwiedzamy „bazary, knajpy, meliny, kryminalny półświatek, całe to „miasto, jak się wtedy mówiło, obszar poza zasięgiem władzy – był naszym matecznikiem i tworzywem dla twórczej inspiracji” - notuje Nowakowski. To prawdziwy kronikarz nieistniejącej Warszawy, tej wielkomiejskiej z Marszałkowską, Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, i tej bardziej schowanej, miejsko-podmiejskiej, widzianej z okien kolejki EKD, którą pisarz codziennie podróżował z wtedy jeszcze podwarszawskich Włochów.  Toczy się ta opowieść wartko, od anegdoty do charakterystyki kolejnej postaci, od opisu popijawy do refleksji na temat sytuacji politycznej. Język jest barwny, dosadny, niewolny od kolokwializmów, choć i pełen poetyckiego czaru. Czujemy, jak wraz z narratorem zanurzamy się w rozmigotanej rzece jego młodości. Dajemy się unosić opowieści, wsłuchani w jej frazę, często krótką, rwaną, przez co zapadającą w pamięć. Ile tu soczystych postaci! Pisarz portretuje ludzi z rzadkim wyczuciem charakterów, operując ekspresyjnym skrótem, paroma kreskami, jak rasowy rysownik, chciałoby się powiedzieć. Sylwetki powracają w różnych konfiguracjach i sytuacjach, bo narracja w „Piórze” swoją strukturą przypomina kalejdoskop, wprowadzany w ruch przez pracę pamięci.

 

Najwięcej miejsca poświęca autor postaci Andrzeja Brychta, swego rówieśnika, tak samo jak on mającego za sobą doświadczenia ze społecznego marginesu, boksera, zabijakę i piekielnie zdolnego pisarza, który jednak, sądząc po kolejnych sekwencjach tej opowieści, swój talent rozmienił na drobne. „Wielki drab z Łodzi, rubaszny osiłek o brązowych oczach wesołego psiaka, osłoniętych okularami” - pisze Nowakowski, który tropił, poszukiwał w ludziach to, co autentyczne, nieskłamane, wynikające z potrzeby serca, a nie z kalkulacji. Nie podzielał powszechnych niemal wtedy zachwytów nad prozą Marka Hłaski. Tę uważał za teatralną, wymuszoną, pozerską. Z tym Hłaską to w ogóle Nowakowski miał najwyraźniej problem. Debiutował tuż po wyjeździe autora „Pierwszego kroku w chmurach” na emigrację. Był kojarzony z epigonami Hłaski, nazwanymi przez krytykę „hłaskoidami”. Nie mógł tego darować niewiele starszemu, choć bardziej utytułowanemu koledze. Ciągle wlókł się za nim cień Hłaski. A Nowakowski uparcie próbował się od niego oderwać, wybić na niepodległość.

 

Ważną postacią dla stawiającego pierwsze literackie kroki pisarza był Wilhelm Mach. Barwne, a momentami wzruszające są ustępy jemu poświęcone. Czytał wnikliwie literackie wprawki Nowakowskiego, udzielał rad, zachęcał do pisania, był tym, który wprowadził chłopaka z Włochów na łamy „Nowej Kultury”, najważniejszego podówczas tygodnika literackiego w kraju, a co za tym idzie – dał przepustkę do świata literatury. Nowakowski w niedwuznaczny sposób pisze o homoseksualnych skłonnościach Macha, które skazywały go na poszukiwanie miłości na dworcach i w innych zakazanych rewirach. W książce znajdziemy historię o tym, jak Mach próbował czynić awanse młodemu Nowakowskiemu. „Jego dłoń spoczęła na moim udzie, zamglone oczy, nierówny oddech. Nie miałem żadnych inklinacji. Odczułem wstręt przed ta uwodzicielską ofertą. Wreszcie odepchnąłem go brutalnie. Postawiłem sprawę jasno i uczciwie. Opowiedziałem mu o więziennych doświadczeniach, kiedy to my, chewra, więźniowie uprzywilejowani, w największej pogardzie mieliśmy pedałów, cwelami i parówami nazywanych w gwarze. Przytaczałem zdarzenia o dręczeniu i poniżaniu homoseksualistów. Wywodziłem z zimną precyzją, że w kodeksie przestępczym takie skłonności wykluczały każdego bez odwołania z tego zacnego grona. Degradowały do roli istoty niższego rzędu. (…) Początkowo był porażony. Słuchał z bolesną twarzą. Potem zrozumiał, że postawiłem wyraźną barierę w naszej zażyłości i wytyczyłem jej granice. Zostaliśmy przyjaciółmi, mimo znacznej różnicy wieku, mogę tak śmiało powiedzieć. Później nieraz zwierzał się z niespełnionych mąk swoich miłości, nędznego, przeważnie płatnego zaspokajania żądzy w plugawych, ciemnych zaułkach miasta”.  Piękna, trochę śmieszna, tragiczna postać.

 

Pojawia się Czarnowłosa, z którą pisarz zaczyna się spotykać, zamieszkują razem, kolejno w sublokatorskim pokoju na Okólniku, potem w przydziałowym mieszkanku z widokiem na Ogród Krasińskich i Starówkę. No i rodzice, którzy zostali we Włochach i z którymi początkujący pisarz prowadził swego rodzaju grę. Utrzymywał, że skończy przerwane studia prawnicze, choć w głowie miał już twarde postanowienie, że zwiąże swój los z pisaniem. Zasysała go literatura. Pierwsze wydrukowane opowiadanie, pierwsza książka „Ten stary złodziej”, która z miejsca ustawiła Nowakowskiego jako piewcę marginesu. Ta łatka mu ciążyła, chciał czegoś więcej, choć z drugiej strony zapewniała w miarę spokojną egzystencję pisarską w PRL-u. Kolejne książki, kolejne znajomości, przyjaźnie, podróże po Polsce. W czasie jednej z wakacyjnych ekskursji do Nowakowskiego i jego przyjaciół dołącza Agnieszka Osiecka, muza Marka Hłaski. I znowu cień pisarza dokucza Nowakowskiemu. „Poczułem ulgę, kiedy odjechała” – notuje szczerze.

 

Korowód niezwykłych postaci portretowanych przez pisarza zdaje się nie mieć końca. Stanisław Grochowiak, Roman Śliwonik, Marian Ośniałowski, Bogdan Wojdowski, Jerzy Krzysztoń, Leszek Płażewski, a także tuzy literatury, Iwaszkiewicz, Słonimski, Konwicki. „Erudyta, skłonność do nihilizmu. Czytał w oryginale Becketta, Grahama Greena, Benedetta Crocego. Cienki, szyderczy humor, pański styl bycia. Żył jak ptak, z niczego. Uwielbiały go kobiety, wiele romansów, niestały w uczuciach. Efektownie cyniczny, dowcipnie i sugestywnie uzasadniał bezsens istnienia” – to charakterystyka Adama Pawlikowskiego, filmowego amanta, zmarłego śmiercią samobójczą w roku 1976. Czyż od razu nie objawia nam się Andrzej z „Popiołu i diamentu”? Albo to: „Średniego wzrostu, brunet, z kapciastym nosem i diabelskimi, czarnymi oczyma. Chodził kołysząc się z lekka jak marynarz, zamiast „r” wymawiał „l” i ten defekt wymowy dodawał mowie specyficznej melodii. Bardzo dobrze brzmiało jego „kulwa”, którą to krasił obficie swoje wypowiedzi”. To o Ireneuszu Iredyńskim, poecie, prozaiku i dramaturgu. Nie mogło tu zabraknąć opisu pobytu w domu pracy twórczej w podwarszawskich Oborach, gdzie z równym zapałem pisarz oddawał się twórczości, co życiu knajpianemu.

 

Z dystansem pisze Nowakowski o literatach, którzy mieli za sobą udział w stalinizmie. Po pierwsze nie czuł się dobrze wśród warszawskiej inteligencji, chętnie naśladującej zachodnie wzorce, nieco pozerskiej. Po drugie prostodusznie nie przyjmował do wiadomości pokrętnych często tłumaczeń, dlaczego „inżynierowie dusz” poszli na współpracę z czerwonym diabłem. Trafnie ilustruje ten stosunek opis kolacji wydanej na cześć francuskich gości (i sympatyków komunizmu) w domu Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego. Przy stole Nowakowski i Czarnowłosa siedzieli razem z między innymi Kazimierzem Brandysem. „Dowcipny, błyskotliwy, prezentował świetny kunszt konwersacji. A z okien był widok na brzydką, syfiastą Marszałkowską. (…) W oddali sterczała czerwona iglica Pałacu Kultury i Nauki. Jedno nie przystawało do drugiego. Ci pisarze tacy swobodni, światowcy. (…) Ani śladu partii, bezpieki, cenzury, tego całego knebla, który wepchnięto ludziom w usta”. Irytacja pisarza na dwulicowych luminarzy i zafascynowanych komunizmem literatów z Zachodu spowodowała, że zaczął robić „szkarady”, jak to opisuje Nowakowski. Jego mostek dentystyczny odegrał rolę odgromnika dla skumulowanego zakłamania.

 

Mankamentem książki, utrudniającym lekturę, jest brak indeksu osób. W tego rodzaju publikacjach wydaje się to niezbędne. Ostatecznie jednak to nic w porównaniu z tym, co dostajemy, z pełnokrwistą literaturą wspomnieniową, szczerą i pozbawioną minoderii. Nowakowski, kronikarz Warszawy, której nie ma. Strażnik pamięci o ludziach, których nie wolno nam zapominać. Ale chyba przede wszystkim pisarz szukający „oparcia w ludziach uchylających się od jarzma”. Wolny.

 

Jarosław Jakubowski

Marek Nowakowski, Pióro. Autobiografia literacka, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012.

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

***

niedziela, 04 maja 2014 12:09

 

Wczoraj umarł Różewicz. Nic się nie zmieniło.

Pojechałem do pracy. Ten sam chodnik pod nogami

i może tylko liście w słońcu

zaskakująco świeże.  

 

Ludzie płynęli ulicą, mozolnie pracując kończynami

jakby chcieli uciec przed wodospadem.

Ale nie zmieniło się nic, poza upływem impulsów

w komórkach i bezdotykowych myjniach.

 

Po południu jak co dnia wsiadłem do autobusu

i wróciłem do domu. Było pięknie, ale

nie było już powrotu, bo wszystko się zmieniło.

Wczoraj umarł Różewicz.

 

25 kwietnia 2014 


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  786 905  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 786905

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl