Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 660 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Wieczory wojenne

piątek, 28 sierpnia 2009 16:51
Miło mi zaprosić Was na dwa spotkania poetyckie z mym skromnym udziałem. Razem z Wojtkiem Borosem i Radkiem Wiśniewskim będziemy czytać wiersze z okazji 70. rocznicy wybuchu 2. Wojny Światowej. 3 września na ORP "Błyskawica" (!) i 4 września w bibliotece przy Mariackiej w Gdańsku.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jak nie zostałem pisarzem S-F

środa, 19 sierpnia 2009 22:07
Pisarze nurtu fantasy, horror oraz science-fiction to odrębna kasta, zazdrośnie strzegąca swojej kastowości. Mają swoje pisma, wydawnictwa, konwenty czy konwektykle, swoje nagrody i swoich liderów. Zwykle piszą dużo dużych powieści, które wydawane są w okładkach z takimi elementami, jak: smoki, miecze, przekrwione oczy,  a także sama krew w  różnych stanach skupienia. Problem z produkcją pisarską typu f, h oraz s-f polega na tym, że na ogół jest to produkcja skrojona ściśle według potrzeb marketingowych wydawcy. Nie ma tam zwykle miejsca na twórcze poszukiwania, eksperymenty formalne, ryzyko, a tak zwana licentia poetica to pojęcie wręcz nieznane. Wydawcy mają narzędzia do temperowania niepokornych. Tymi narzędziami są redaktorzy.

Tak się złożyło, że napisałem serię opowiadań, w których chciałem czytelnika przy okazji innych spraw trochę postraszyć. Pewne lubelskie wydawnictwo wyraziło chęć publikacji tomu. Podpisałem umowę. Książka miała się ukazać w I kwartale 2008 roku. Pojawił się jednak redaktor, który uznał, że moje opowiadania wymagają poprawek, zmian, przemieszczeń, podkręcenia, skrócenia itede. Dopiero po spełnieniu wszystkich żądań redaktora moja praca mogła mieć szanse na realizację w postaci książki. Po długiej wymianie mejli, w której stopniowo opuszczała mnie cierpliwość w tłumaczeniu, że nie wszystko, co uważa redaktor, musi być słuszne, umowa straciła ważność (wydawca zastrzegł w niej sobie prawo do wycofania się w terminie 18 miesięcy od jej zawarcia).

Jako że nie zrażają mnie tego typu porażki rozesłałem moje "straszne" opowiadania na liczne adresy. Odpowiedział mi redaktor naczelny jednego z pism, które w nazwie mają F, H oraz S-F. Przyjmuje do druku opowiadanie. Okej, świetnie. Mam jeszcze tylko wysłać fotkę i biogram. Wysyłam. Po czym dostaję mejla od pani redaktor tegoż pisma. To jego fragment:

"Dzień dobry.
W załączeniu tekst do korekty autorskiej.
Duża liczba uwag na początku nie oznacza, że tekst jest zły, po prostu trzeba go dopracować.
Proszę zapoznać się z poprawkami i uwagami i nanieść dalsze zmiany, każdy dopisany fragment ujmując w nawias klamrowy {}. Proszę pozostawić tekst w formie z wyróżnionymi zmianami, nie bawiąc się w akceptowanie moich poprawek."

A to już wkład pani redaktor w moje opowiadanie:


"Do przemyślenia i ewentualnego naniesienia poprawek w tekście:

Głowa świerszcza jest okrągła.

Łypać to spojrzeć, zerknąć groźnie albo ukradkiem - jak ta definicja słowa ma się do nieruchomego oka, zwłaszcza że w dodatku „łypie wyłupiastym"?

Świerszcz jak każdy owad ma trzy pary odnóży, trudno więc mówić o odnóżach górnych i dolnych, chyba że mamy przed oczami Filipa z „Pszczółki Mai"?

Świerszcz siedzi przy łóżku, a potem przy oknie, zatem łóżko jest też przy oknie czy tylko miotamy świeszczem po sypialni, zwłaszcza że kawałek dalej mowa o tarasowaniu przejścia do kuchni?

Narrator spędził w Internecie kilka godzin po wyjściu z domu żony, a potem wraca pamięcią parę godzin wstecz, kiedy siedział zatopiony w wirtualu, a żona coś do niego mówiła - niekonsekwencja fabuły?

Jakoś trudno uwierzyć w klucz w drzwiach do sypialni znajdujący się w zamku od zewnątrz.

Gdzie stoi kanapa, na której kładzie się i zasypia narrator? Pardon, jeśli to mieszkanie w układzie amfilady. Ale jednak potem spod drzwi wycofuje się do pokoju.

Większość świerszczy ma zredukowane skrzydła albo do najmniej jedną ich parę; zakładamy, że ten należy do tych, co mają chociaż jedną parę skrzydeł?

Oczywiście lizać rany traktujemy tu jak typowy związek frazeologiczny?"


Na takie dictum odpowiedziałem wysyłając opowiadanie z usuniętą "niekonsekwencją fabuły":


ŚWIERSZCZ

Żona powiedziała zza drzwi coś niewyraźnego, a ja zabrałem się za wieczorne przeglądanie Internetu. Po paru godzinach wyłączyłem komputer, pewny że żona będzie już w łóżku. Łóżko było jednak puste, natomiast przy łóżku siedział dwumetrowy, zielony świerszcz.

Łypał na mnie wyłupiastym, nieruchomym okiem i co pewien czas poruszał którąś z części ciała, odnóżem górnym, dolnym bądź jednym z czułków. Jego trójkątna głowa rzucała wielki cień na ścianę, świerszcz bowiem usadowił się przy oknie, przez które wpadało rzęsiste światło ulicznej latarni. Usadowił się w miejscu, w którym zwykłem siedzieć czytając książki lub prasę. Ponieważ owad zatarasował również przejście do kuchni, pozostało mi wycofać się do pokoju „komputerowego". Postanowiłem przeczekać.

Siedziałem przy biurku, kompletnie nie mogąc skupić się na tym, co wyświetlało się na ekranie komputera. Zza okna dobiegały krzyki pijanej młodzieży siedzącej pod naszym blokiem. Mogłem ewentualnie rozważyć zejście po piorunochronie, nie miałem jednak zaufania do jakości jego mocowań, uznałem więc, że ryzykowanie upadku z czwartego piętra z powodu przerośniętego świerszcza byłoby zbyt ekscentryczne.

Zacząłem rozważać wezwanie pomocy. Ale i to okazało się trudne, jeśli nie niewykonalne. Mój telefon komórkowy znajdował się w kuchni, do której nie mogłem się przecież dostać z powodu obecności intruza. Wszczynanie alarmu poprzez uderzanie w podłogę, sufit, czy też poprzez wołanie z okna zwróciłoby niechybnie na mnie uwagę sąsiadów. A ponieważ nie miałem do nich zaufania, podobnie zresztą jak oni do mnie, pozostawało czekać.

Liczyłem, że z opresji wybawi mnie żona. Wyglądałem przez okno, ale wśród niedobitków zdążających do domów nie było tak dobrze znanej mi kobiecej sylwetki.

Wówczas wróciłem pamięcią parę godzin wstecz, kiedy siedziałem zatopiony w wirtualu, a żona mówiła coś do mnie z drugiego pokoju. Lecz co do mnie mówiła? Niewykluczone, że były to jakieś ważne, ostateczne, rozstrzygające słowa. Ja jednak ich nie słyszałem. A skoro nie słyszałem, to jak miałem je sobie przypomnieć? Miała wiele powodów, żeby odejść. Ale miała też niejeden powód, żeby zostać. Oczywiście jednych i drugich nie można porównywać umieszczając na szalach jednej wagi. Wystarczy jeden powód na „nie", żeby unieważnić tysiąc powodów na „tak". I na odwrót. Niezbadane są wybory kobiet, podobnie jak niezbadane było to coś, co zajęło naszą sypialnię.

Delikatnie uchyliłem drzwi i zaraz odpadłem od nich, zamykając je na klucz: trójkątna głowa świerszcza znajdowała się tuż tuż, tak że niemal dotknąłem wyłupiastego, nieruchomego oka tego milczącego indywiduum.

Stałem przy drzwiach zastanawiając się nad jednym: czy wytrzymam napór świerszcza. Naraz usłyszałem chrobot - to odnóże owada drapało w drzwi. Ze szpary pod nimi wysunęły się długie, zielone czułki, które próbowały „rozejrzeć się" po moim pokoju. Wpadło mi do głowy, żeby je czymś odciąć i tym samym unieszkodliwić intruza, ale od zamiaru do wykonania daleka droga. Po prostu brzydziłem się tego tak strasznie, że pozwoliłem, aby czułki nietknięte wycofały się za drzwi. Wkrótce srodze tego pożałowałem.

Ponieważ mijały kolejne minuty i kwadranse, a sytuacja nie ulegała zmianie, ległem na kanapie i zapadłem w sen. Śniła mi się wspinaczka na szczyt stromej góry, droga częściowo prowadziła krętymi schodami wykutymi w skale. Czułem mdłości i pewność, że nie mogę się cofnąć.

Obudził mnie dźwięk przeraźliwy i okropnie głośny. Świerszcz zagnieżdżony w sąsiednim pokoju uznał za stosowne rozpocząć koncert swojego cykania. Zacząłem się bać, że hałas sprowadzi mi na kark sąsiadów, straż miejską lub nie daj Boże policję. Wyjrzałem za okno, ale wyglądało na to, że osiedle już mocno śpi.

Poczułem, że muszę skorzystać z toalety. Wydarzenia ostatnich godzin przyprawiły mnie bowiem o solidne rozwolnienie.

Znowu uchyliłem drzwi, tym razem trzymając twarz z dala od nich. Świerszcz grał na swoim narządzie muzycznym siedząc na środku pokoju. Po jakimś czasie przerwał i zaczął podjadać kwiaty w wazonie. Gdybym w miarę dobrze przyspieszył, mógłbym przemknąć się do łazienki, a stamtąd dalej, wezwać pomoc i jakoś rozwiązać tę głupią sytuację.

Wóz albo przewóz, raz kozie śmierć, albo rybka albo pipka, do odważnych  świat należy, hej kto Polak na bagnety... Wycofałem się do pokoju i zacząłem rozglądać się za przedmiotem, który mógłby posłużyć mi do ewentualnej obrony.

Nie znalazłem nic, oprócz starego mosiężnego świecznika, który wyciągnąłem spod szafy. W razie czego mogłem nim zdzielić świerszcza.

Raz kozie... i tak dalej. Szarpnąłem klamkę i ruszyłem przed siebie. Świerszcz momentalnie do mnie dopadł furkocząc skrzydłami aż zatańczyły firanki. Zacząłem na oślep machać świecznikiem, który po chwili był lepki od mazi pochodzącej ze zranionego ciała owada.

Intruz wycofał się w kąt między komodą i ścianą, a ja wziąłem telefon z kuchni i wypadłem na korytarz. Na końcu tej ciemnej kiszki zauważyłem staruszka w szlafroku, truchtem przemykającego od jednych do drugich drzwi, które szybko otworzyły się i równie szybko zamknęły się za nim. Zawołałem, ale widocznie nikt mnie nie usłyszał albo udawał, że nie słyszy.

Zdałem sobie sprawę, że jeśli powiem komuś obcemu, że w moim mieszkaniu jest dwumetrowy świerszcz, to mało że nikt mi nie uwierzy, co jeszcze zostanę wzięty za wariata.

Widziałem w filmach. Facet mówi jakiemuś obcemu człowiekowi, że widział coś dziwnego. Idą tam razem, facet pokazuje miejsce, w którym to coś jeszcze przed chwilą było, ale oczywiście tego czegoś już nie ma. Obcy człowiek patrzy na faceta jak na wariata.

Więc żeby uniknąć kompromitacji przed kimś obcym, wcisnąłem numer żony. Przed nią kompromitowałem się już wiele razy, miałem więc wprawę.

- Po co dzwonisz? - usłyszałem w słuchawce jej zaspany głos.

- Mam w mieszkaniu świerszcza wielkości świni - odparłem.

- Więc może chociaż nim będziesz potrafił się zainteresować.

- Pomóż mi się go pozbyć!

- To jedna z tych rzeczy, których nie sposób się pozbyć. Wracaj do domu i nie rób paniki.

- A ty?

- Powiedziałam ci, kiedy odchodziłam. Ale ty nie słuchałeś.

- Ale teraz słucham!

- Teraz masz w domu świerszcza. Nie dzwoń więcej. Resztę załatwi mój adwokat.

Rozłączyła się, a ja wróciłem do mieszkania. Świerszcz lizał rany w kącie między ścianą a komodą. Kiedy wszedłem do pokoju, jego trójkątna głowa poruszyła się nerwowo i owad cofnął się bliżej ściany. Bał się. Zrobiło mi się głupio.

Poszedłem do łazienki, wyjąłem z szafki gazę i namoczyłem wodą utlenioną. Przezwyciężając obrzydzenie i nieufność zbliżyłem się do świerszcza. Ten drgnął, ale widząc, że nie mam złych zamiarów, pozwolił opatrzyć sobie rany. Nie były zbyt głębokie, ale kiedy wyrzucałem zużytą gazę do ubikacji, zwymiotowałem.

Staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Rzadko się dotykamy. Podejrzewam, że świerszcz czuje w stosunku do mnie to samo obrzydzenie i strach, jakie ja czuję na jego widok. Przywożę mu zieleninę, a on pochłania ją w milczeniu. W ogóle stał się jakiś taki wycofany.

W nocy czasami zapomina się i zaczyna grać, ale szybko przerywa. Wtedy obaj nasłuchujemy siebie nawzajem.

sierpień 2007

 


Ale to nie zadowoliło krwiożerczej pani redaktor, która poskarżyła się naczelnemu na mój upór. Naczelny stwierdził, że robię sobie kpiny i oświadczył, że mojego opowiadania nie wydrukuje. Ta historia pokazuje, że w światku literatury s-f, f i h (kolejność dowolna) najważniejsza jest wizja wydawcy, a nie autora. Debiutujący w tym nurcie autor  (nawet jeśli tak jak ja ma za sobą już kilka książek) albo podporządkuje się całkowicie "korekcie inwazyjnej", albo szukać sobie może wydawcy spoza nurtu. Powstaje w rezultacie literatura co najwyżej poprawna, pozbawiona indywidualnych cech stylu, której jedyną siłą musi w tej sytuacji pozostawać fabuła, im wymyślniejsza, tym lepiej.


Ale czy to właściwość tylko tego jednego wycinka naszego "życia literackiego"? Pytanie retoryczne. Literatura to w ogóle działka, gdzie w krótkiej perspektywie zwyciężają gracze umiejący się szybko dostosowywać do oczekiwań. O perspektywę dłuższą niż sezon czy kilka sezonów grać trudno, bo gra obarczona cholernie dużym ryzykiem. Pewnie dobrze, że są krótko- i długodystansowcy, i jedni i drudzy są potrzebni. Pierwsi podsycają doraźne zainteresowanie literaturą, ci drudzy chcą literaturę rozsadzić od środka. Ostatnimi laty szala przechyliła się na stronę tych pierwszych. Ale to ci niepogodzeni mają szansę wejść do historii literatury. Oczywiście jeśli samej historii literatury nie będą pisać krótkodystansowcy.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Odpust w Koronowie

sobota, 15 sierpnia 2009 13:10
Helikopter TVN-u krąży nad miejscem koncertu Madonny jak sęp nad padliną. Media są podekscytowane. Znowu można ponabijać się z tych pozbawionych poczucia humoru "katoli". Domalować to i owo Matce Boskiej, powiesić coś na krzyżu. Bo co to jest krzyż? Przebrzmiały symbol, jakaś niepotrzebna narośl na społeczeństwie wyzwolonym z okowów religii.

Proponuję zachować spokój. Madonna odleci do ciepłych krajów, TVN napasie się swoją padliną. A ja zapraszam do Koronowa na odpust parafialny z okazji Święta Wniebowzięcia NMP. Podziwiajcie drewniane bociany i pstrokate papugi, plastikowe ciągniki z przyczepami (takie same tylko że na żywo właśnie skończyły zwózkę ziarna), hologramowe wiatraczki, pistolety na kapiszony, lśniące balony napęczniałe od helu, kłapiące skrzydłami kaczki na patykach. Tandeta? Kicz? A i owszem, i nawet więcej - piękna tradycja, bez której sobie tego dnia nie wyobrażam. I która weszła do mojej prywatnej mitologii.

A potem do kolegiaty i na cały głos: "O Maryjo w niebo uniesiona, nad anielskie chóry wywyższona!". To lepsze niż Madonna.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Godzina W, znowu godzina W

niedziela, 02 sierpnia 2009 22:15
W "Wyborczej" w 65. rocznicę Powstania Warszawskiego "Ballada" Czesława Miłosza. Piękny wiersz, jakby odpowiedź na "Elegię o chłopcu polskim" Baczyńskiego, a opowiadający o matce Gajcego, innego 22-letniego poety, który zginął w Powstaniu. Napisany we Francji, w 1958 roku. I najsłynniejsza fraza z niego: "Leży Gajcy, nigdy się nie dowie,/ Że warszawska bitwa zeszła na nic". Dużo czasu musiało minąć, zanim Miłosz zdobył się na tak jednoznacznie negatywną ocenę Powstania. Sam nie wziął w nim udziału. Łatwy argument dla oponentów. Owszem, łatwy, ale też tamte decyzje - iść do Powstania czy nie iść - do trudnych nie należały. Dla AK-owców to była oczywistość. Dopiero później oczywistością być przestała, dla części z nich i dla wielu z nas, którzy nie tylko jak Miłosz udziału w Powstaniu nie wzięliśmy, ale i rodziliśmy się kolejne dekady po jego upadku.

Dlaczego Miłosz napisał ten wiersz? Pewnie z żalu i złości po stracie utalentowanego Gajcego i tylu innych. Ale podejrzewam, że chciał też w jakiś przewrotny sposób usprawiedliwić swoją bierną postawę z 1944 roku. Oddał głos matce - to jej każe niemo oskarżać tych, którzy przeżyli i zapomnieli o poległym koledze, to ona "nie wie" czy syn "niedobrej bronił sprawy", to za jej tragiczną postacią chowa się on sam, któremu w czasie okupacji włos z głowy nie spadł. Sugeruje przy tym - trochę jak nieco później Szymborska w wierszu o Baczyńskim - że gdyby nie ta bezsensowna "bitwa warszawska", Gajcy tramwaj co właśnie odjeżdża - dogoniłby. Otóż może i dogoniłby, ale tylko po to, żeby ten tramwaj zawiózł go na Rakowiecką, gdzie na takich jak on czekały ubeckie kule.

Miłosz wybiera życie przeciwko śmierci. Trudno z tym wyborem dyskutować, wydaje się przecież taki logiczny i słuszny. Po stronie przeciwników Powstania jest 200 tysięcy żywych warszawiaków, kilkanaście tysięcy żywych powstańców, stoi niezniszczona Warszawa. Po stronie przeciwnej - nic, proch, wiele ton prochu. Jak tu się dziwić Miłoszowi piszącemu : "zeszła na nic"? Powstanie Warszawskie okazało się nie tylko tragiczne w skutkach, ale również - co może nawet jeszcze gorsze - nieskuteczne. Tylko czy ono mogło w ogóle zakończyć się zwycięstwem? Jeśli tak, to musiały zostać popełnione błędy, które zdecydowały o klęsce. Jeśli nie - za tragiczny błąd należy uznać decyzję o jego wybuchu. To wszystko dzisiaj brzmi bardzo racjonalnie i przekonująco, ale tak jak Miłosz 14 lat po Powstaniu (a może również w chwili jego wybuchu), tak i my teraz odsuwamy od siebie najprostsze z możliwych wytłumaczenie wybuchu PW. Ludzie chcieli odpłacić Niemcom pięć lat okupacji. Chcieli pomścić Polskę. Rzucili się z pięściami na lepiej uzbrojonego wroga, bo nie umieli już dłużej znosić niesprawiedliwości.

Tego nie ma w wierszu Miłosza, którego "Wyborcza" wykorzystuje dzisiaj jako maczugę w bitwie o polską pamięć.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  807 735  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 807735

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl