Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 328 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


A jeśli TO nam się przyśniło?

sobota, 28 sierpnia 2010 22:26
Załóżmy, że wojna, okupacja, powstanie, komunizm, a nawet katastrofa smoleńska - że to wszystko był tylko sen. I że z tego snu właśnie się obudziliśmy. Siedzimy nad basenem, pod parasolami, a miejscowy  kelner donosi nam lekkie drinki, które od rana wprawiają nas w doskonały nastrój...

Jednak sen, z którego właśnie się obudziliśmy, nie daje nam spokoju. Dlaczego przyśnił się właśnie nam? Przecież nie ma najmniejszych powodów, żebyśmy go śnili. Pojawia się niepokój: a jeśli TAMTO to nie sen? Nie, to niemożliwe. Jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, prowadzimy rozmowy o ostatniej premierze w teatrze albo o Palikocie, możemy zagrać w badmintona albo poczytać Platona. Jesteśmy wolni. Tylko ten pierdolony sen! Nie, no, coś z nim trzeba zrobić.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Nowy "Topos"

poniedziałek, 23 sierpnia 2010 10:45



Od czwartku do niedzieli byłem w Będlewie pod Poznaniem. W pałacyku i zabudowaniach dworskich należących niegdyś do Potockich autorzy sztuk, reżyserzy i aktorzy pracowali nad tym, żeby teksty jak najlepiej zabrzmiały podczas czytania scenicznego. Po raz pierwszy swój dramat usłyszałem w 2007 roku w Laboratorium Dramatu. Ale nie brałem wtedy udziału w pracy nad interpretacją tekstu. Tym razem byłem świadkiem i uczestnikiem tego procesu. To rzecz, której wciąż się uczę i jeszcze nie do końca rozumiem. Ale po Będlewie jestem już na przykład pewien, że na scenie nie wszystko musi być powiedziane - jak w opowiadaniu czy powieści. Że tekst w pewnym sensie pełni rolę służebną, jak trampolina, z której odbijają się inscenizatorzy. Teatr to przeistoczenie mojego słowa w słowo i ciało aktora. Wiem, że dla fachowców to mało odkrywcze, ale pozwólcie mi na własne "eureki".
Za miesiąc w Poznaniu publiczność pozna rezultaty naszej pracy i wtedy okaże się, czy np. mój "Generał" trafi do repertuaru Teatru Polskiego.

Po powrocie do domu niespodzianka - nowy numer "Toposu". Gruby, podwójny, z imponującym gronem autorów. Obszerny blok poezji (np. poruszający poemat Piotra Cielesza "budziszyn - wiosna 1945 roku - podporucznik waldemar klappwald"); równie bogaty wybór eseistyki. W cyklu "Lekturnik" Przemysław Dakowicz pisze o nowym tomie wierszy Artura Nowaczewskiego. Jest recenzja książki Wojciecha Banacha "Nie tylko aniołowie", pióra Krzysztofa Szymoniaka. Piotr W. Lorkowski inauguruje nową "Toposową" rubrykę - "Ogród debiutów". To może być ważne miejsce na krytycznoliterackiej mapie Polski.

Jedną z moich ulubionych rubryk, od których zaczynam lekturę "Toposu", jest "Notes" Wojciecha Kassa. Te zapiski poety i gospodarza prańskiego muzeum K.I. Gałczyńskiego są niemalże epicką opowieścią o jego miejscu na ziemi, ludziach z nim związanych, ale też o naszej współczesności. Wojciech Kass jest jej uważnym obserwatorem i bywa, że zaciekłym krytykiem różnych przejawów tego, co nazwałbym "globalizacją wyobraźni". Nie trzeba podzielać wszystkich jego ocen, ale "Notes" ujawnia kapitalną cechę rasowego pisarza: zachłanność rzeczywistości. Chwilowo nie potrafię określić tego lepiej.

Słówko o sobie - pochwalę się, bo w końcu jest czym. Barbara Sokołowska z przenikliwym szkicu "Nic o sobie nie wiem" pisze o "Slajdach". Zacytuję końcówkę: "Nawet jeśli to wszystko nie wiedzie do przekonania, że nasze tutaj ma jakies potem, to skutecznie wypełnia sensem. Jakubowski nie jest jednoznaczny w swoich epickich wyznaniach. Pełen jest niepokoju, "egzystencjalnej mgły", ale nie przestaje zmagać się z negatywnymi emocjami, niewolą myśli, którą sam sobie narzucił. Uparcie szuka "niebieskiego pokoju na poddaszu", przestrzeni wydestylowanej z trwogi, a pełnej spokoju i ufności".

Prawdziwym ukoronowaniem czytelniczej uczty jest załączony do "Toposu" nowy zbiór wierszy Krzysztofa Kuczkowskiego "Wiersze [masowe] i inne", zilustrowany przez bydgoskiego fotografika Witolda Jurkiewicza. Polecam!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Życie jest nieprzeźroczyste jak dobra kawa

wtorek, 10 sierpnia 2010 18:52



Bohaterem powieści jest niewystępujący pod żadnym imieniem czy nazwiskiem około czterdziestoletni malarz, który godzinami przesiaduje w niezbyt wyszukanej warszawskiej knajpie, gdzie pije kawę (podawaną przez tytułową barmankę, Dorotę) i snuje rozmyślania nad swoim życiem. Należy do pokolenia, którego dorastanie zbiegło się w czasie z wprowadzeniem stanu wojennego. Historia przemyka jedynie opłotkami fabuły, choć autor wystawia surową ocenę przemianom ustrojowym ostatniego dwudziestolecia, które nazywa „przeobrażeniem dawnych świń w sączące whisky demokratyczne elity".


Najważniejsze wydarzenie w jego życiu, jakie po latach wspomina bohater, miało miejsce w jego rodzinnym miasteczku w Beskidach, Cichej Dolinie. (Swoją drogą, sekwencja ukazująca dzieciństwo należy do najlepiej napisanych w tej powieści). Wracając ze spaceru natknął się na postać siedzącą w spróchniałym pniu drzewa. „Patrzył się, kiedy przechodziłem. Nie miałem odwagi, by się obejrzeć. Czułem intensywny wzrok na sobie i lęk, który, być może, pozostał mi do dziś". Ten cytat uświadamia nam jedną kapitalną cechę pisarstwa Chmielewskiego. Co i rusz spod powłoki opisywanych przez niego codziennych wydarzeń, spod powłoki rzeczy, które z lubością kronikarza kataloguje, wychyla się inna rzeczywistość, jakby Miłoszowa „druga przestrzeń". Pisarz znakomicie potrafi uchwycić nastroje swojego bohatera. Posługuje się niedopowiedzeniami, niby ledwo zarysowanymi, a przez to skrzącymi się autentycznością urywkami dialogów. Perspektywie „codziennej siermięgi" nieustannie towarzyszy tu „coś nieoczekiwanego", coś, co „daje wytchnienie, nie pozwala do końca się powalić".


Bardzo ważną kwestią poruszoną w tej powieści, niedostatecznie dotąd rozpoznaną przez krytyków, jest erotyka. Relacje bezimiennego bohatera z kobietami charakteryzują się silnym napięciem seksualnym, ale nie znajdującym rozładowania. Już począwszy od jęków, jakie dawno temu usłyszał z rodzicielskiej sypialni, erotyzm jawi mu się jako obszar ciemny, niezbadany, generujący liczne lęki i tęsknoty. Co znamienne, najpełniejszy opis seksualnego zbliżenia jaki pojawia się w powieści, pochodzi nie z realnego życia, ale z fantasmagorii bohatera. Małżeństwo, jakie zawarł z chudą i bladą Dorotą (jakby alter ego barmanki) wydaje się udane, choć pozbawione erotycznego żaru. W kilku miejscach narracji powraca obraz „Dirce chrześcijańska" Henryka Siemiradzkiego, przedstawiający martwą nagą kobietę leżącą na powalonym byku, na co z obojętnością spogląda cesarz Neron. Jest to być może projekcja podświadomych pragnień bohatera o dominacji nad kobietą. Technika pisarska Chmielewskiego i w tym wypadku skazuje nas na domysły. Nic tu nie jest dopowiedziane do końca. Jak to w życiu - chciałoby się rzec.


Dlaczego bohaterem swojej pierwszej powieści pisarz uczynił właśnie malarza? Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, dało mu to sposobność do ukazania malarskiego widzenia świata, gdzie na pierwszy plan wysuwa się faktura, kompozycja i kolor. Drugim powodem takiego, a nie innego „zatrudnienia" bohatera byłaby chęć sprawdzenia, jak w obecnej rzeczywistości radzi sobie polski inteligent, człowiek, który kiedyś „pomyślał, że żyje" i odtąd nie odchodzą od niego pytania o własną tożsamość, miejsce na ziemi, rolę do spełnienia.

 


Wojciech Chmielewski, Kawa u Doroty, Czytelnik, Warszawa 2010

 

[fragment recenzji, która ukaże się w dwumiesięczniku literackim "Topos"]


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Katastrofa

wtorek, 03 sierpnia 2010 19:21
Stąpam po pobojowisku. Szare, powleczone całunem popiołu szczątki. Zgięta w łokciu ręka, korpulentny korpus, noga, stopa. Opakowanie po fluidzie do twarzy. Stąpam po pobojowisku i wiem, że nie mogę zamykać oczu. Ziemia jest tu grząska, tylko cienkie brzózki, leszczyna i olchy. Skoszone w pół pnie kierują w niebo zwilgotniałe drzazgi.

Oni tu są, chociaż Ich tu nie ma. Jest zimno, ale na skraju lasu już wyrosły kaczeńce. Wyobraźnia usłużnie podsuwa obraz: każdy kaczeniec to Twarz. Tyle Twarzy, jedne zamazane, inne wyraźne. Wiele nieznanych, sporo kłuje w oczy nagłym przypomnieniem.

Gdzie jesteście, których nie ma? Wiele o Was myślę, wgłębiam się myślami w Wasze istnienie-nieistnienie, ale myśl jest jak batyskaf zanurzony w ciemnicy oceanu.

Więc stąpam po pobojowisku, odcyfrowuję znaki katastrofy. Gdyby całe nasze życie ścieśnić, skondensować do kilku, do jednej sekundy, byłoby właśnie takim pobojowiskiem. Nasze życie to rozciągnięta w czasie, rozrzedzona w nim katastrofa. I dlatego nie potrafimy odczytać jego znaczenia.

To chyba usta - ta szczelina w bryle podobnej do polnego kamienia? Z tych ust płynie przesłanie. Muszę je usłyszeć i zapisać. W przeciwnym razie katastrofa zejdzie do poziomu kolejnego wydarzenia w monotonnym ciągu wydarzeń. Pomiędzy wyprzedażą Toyoty a inauguracją sezonu grillowego.

Co mówicie, milczące Usta? Słyszę tylko własny oddech i kroki w grząskiej, usianej szczątkami ziemi. Bezwiednie znalazłem się w samym środku opowieści, w której nie chciałem się znaleźć. Była mi nie na rękę, była nie na czasie.

W jakiejś zachodniej gazecie wydrukowali rysunek satyryczny z białym orłem wbitym w ziemię i podpisem: orzeł wylądował. Chciałbym napisać: chwileczkę, grabarze, orzeł właśnie wzbił się do lotu. Ale nie potrafię. Stąpam po pobojowisku i zbieram szczątki, próbuję poskładać je w jakąś czytelną całość, ale stawiają opór, jakby należały już do zupełnie innego porządku.

Katastrofa zagarnia wszystko - prywatne i wspólne, ale na styku prywatnego i wspólnego nabiera jakby specjalnego znaczenia. Biało-czerwona szachownica na oderwanym skrzydle, kondukty pogrzebowe sunące przez wsie i miasta, dowód wspomnień tych, którzy zostali - działają jak karuzela. Wywołują zrazu euforię, ale potem nagle - mdłości. W końcu mdłości są tak wielkie, że pozostaje tylko ukryć się w chwili, zamknąć nad sobą strop rzeki zdarzeń i pozwolić unosić się jej nurtowi.

Ale jakimś dziwnym zrządzeniem zawsze wydostaję się na brzeg tej rzeki i znowu napotykam liczne ślady katastrofy. Stąpam po pobojowisku, mieszkam na nim, buduję. Nie ogarniam sensu tego działania, jestem wewnątrz tego sensu, mieszkam w Polsce.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  786 910  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 786910

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl