Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 661 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Gorące podmuchy

sobota, 27 sierpnia 2011 11:45

Dziś chyba po raz pierwszy tego lata poczułem gorące podmuchy powietrza. Szedłem ciężko przez nieruchomy, cichy las próbując unieruchomić i uciszyć nerwy, wewnętrzny krzyk, który domagał się ujścia. Więc szedłem i kląłem na głos, kląłem na czym świat stoi, a przekleństwa moje niosły się między nieruchomymi, cierpliwie milczącymi sosnami.


Dzieje się dużo i maleńko zarazem. Żyję sobie, wstaję raniutko, jadę do lasu, potem śniadanie, jazda do pracy, po pracy "w pracy" praca w domu. Poprawiamy sztukę, to znaczy dopisujemy, wycinamy, przemieszczamy sceny, dodajemy i ujmujemy postaci. Sztuka rośnie, twardnieje, staje się konkretnym i - przynajkniej dla mnie - nieodwołalnym kształtem. Zaraz puszczam ją w świat, niech dalej radzi sobie sama. Mam wrażenie, że uderzyłem ją w sam środek albo przynajmniej blisko środka "polskich spraw", ale mam nadzieję, że nie tylko polskich i jakoś będzie to wzystko zrozumiałe dla nie-Polaka.


Sypnęło zaproszeniami - dwa festiwale poetyckie, jeden warsztat dramaturgiczny, jeden poetycki, jedna literacka gra uliczna, spotkania do poprowadzenia. W Łodzi w październiku premiera mojej "komedii", a w Sopocie czytanie dramatu o Miłoszu. Życie literackie znowu zakręciło się w solidny, zasysający wir. Piszę o tym tylko żeby zadośćuczynić obowiązkowi kronikarza samego siebie, którym na stronach tego dzienniczka próbuję być. Ale i tak to, co najważniejsze, dzieje się gdzie indziej, gdzieś w środku mnie albo też pomiędzy mną a innymi ludźmi. Albo w czasie czytania "Dziennika" Marai'ego czy "Dzienniczka" siostry Faustyny. Lubię dzienniki, listy, wspomnienia, wszystko to, co nie jest zmyśleniem, fikcją, wszystko to, co jest konkretnym śladem konkretnego człowieka odciśniętym w tej, a nie innej ziemi. A jednak sam tworzę fikcje, każę moim postaciom mówić to, czego sam nie mam odwagi wypowiadać na głos. Kreując te sztuczne światy uwalniam się od tego, co zwykłem nazywać sobą. Ale nie wiem, czy staję się kim innym, czy po prostu rozwijam "ja" w nowe, niezbadane strony. Oto wielka tajemnica literatury. Bez tej tajemnicy pisanie byłoby pozbawionym sensu przesypywaniem słów.


Dzieci nie ma w domu. Córka pojechała do cioci na "wieś" (która jest raczej podmiejską sypialnią), a syn na obóz sportowy w góry. Dom pusty. Kiedyś mówiło się "chata wolna". Jeśli tak, to od znajomych głosów, ruchu, krzątaniny, szmerów, krzyków, pisków, od twarzy które choć tak znane, po paru zaledwie dniach stają się zamazanymi konturami i dopiero szybki przegląd zdjęć na powrót przywraca nam ich szczegółowy rysunek, od codziennych rytuałów. Pod nieobecność dzieci wszystko to rozsypało się w "wolność", z którą nie wiadomo co zrobić, gdzie upchnąć, żeby nie zawadzała w pracy.


Słabo dziś spałem, a rano te gorące podmuchy przypomniały mi, że jest żar, który głęboko gdzieś zasypało.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Cienie, czyli my

sobota, 20 sierpnia 2011 12:08

Wczoraj wieczorem z żoną w łóżku oglądaliśmy stare fotografie. Te sprzed dziesięciu lat, kiedy zaczynaliśmy nasze małżeństwo i te trochę świeższe. Na nich - nasz syn, najpierw bezradny noworodek leżący na moim barku, podczas gdy ja czekam aż mu się odbije. Nieco później pulchny bobasek z uśmiechniętą buzią, błyszczącymi oczami i słodkimi dołeczkami w policzkach. Jeszcze później - cherubinek z długimi blondloczkami pochylający się nad małym wtedy Tofim, naszym labradorem.

 

Na kolejnych zdjęciach nasza córka, łysa i uśmiechnięta od ucha do ucha, potem z coraz dłuższymi włosami, coraz większa; oboje z bratem w baseniku wymalowanym w kolorowe rybki. Ustawialiśmy go na trawniku, tuż przy ogrodzeniu dawnego warzywniaka. Dziś stoi tam betonowy parkan; sąsiad ogrodził nim swoją parcelę, na której króluje ogromna willa. Pamiętam, jako chłopiec do warzywniaka właśnie urządzałem wyprawy w poszukiwaniu czegokolwiek, co byłoby znakiem przygody, czegoś większego i wspanialszego od wszystkiego, co mnie otaczało. Pamiętam jak w czasie przekopywania ogródka ekscytowałem się znalezionymi kosteczkami (w warzywniaku, pod orzechami włoskimi chowane były psy i koty), pożółkłymi kawałkami fajansowych kubków, korkiem od "patentowanej" butelki po lemoniadzie czy niemiecką monetą z hitlerowską "gapą" na rewersie.

 

A na zdjęciach my, chłopak i dziewczyna, którzy spotkali się przypadkowo i szybko zdecydowali na wspólne życie. To co wtedy, dziesięć lat temu, wydawało nam się wyzwaniem może nawet ponad nasze siły i ponad nasze wyobrażenie o "szczęściu", niepostrzeżenie stało się naszą codziennością, wypełniło przestrzeń naszego życia treścią naturalną dziś jak powietrze dla ptaka, albo woda dla ryby.

 

Ja sprzed dziesięciu lat - o chłopięcej jeszcze twarzy, trochę zakłopotanym spojrzeniu, szczuplejszy i głupszy niż dziś. Nie napisałem jeszcze tych rzeczy, które napisałem. Nie spotkałem jeszcze tych ludzi, których spotkałem i nie przeżyłem tej masy ważnych i nieważnych historii, które odłożyły się w mojej głowie i w tym czymś zwanym duszą. Oczy mam jasne, może nawet trochę naiwne, a to co przeczuwam nijak się ma do tego, co rzeczywiście mnie spotkało. Marzę o podróżach, sławie i pieniądzach. O tym, że jako pisarz będę podziwiany, a moje książki rozchwytywane. Że kiedyś tam napiszę Dzieło, które uczyni mnie nieśmiertelnym. Na razie kąpię syna, pod czujnym okiem cioci-położnej.

 

Nad niejednym zdjęciem z żoną, jak to się pisało w dawnych powieściach, uroniliśmy łzę. Dużo było śmiechu, wspominania i wzdychania: to jesteśmy my? to są nasze dzieci? kiedy to wszystko minęło? dokąd odeszło? Zwykłe pytania człowieka stojącego wobec Czasu, tego dyskretnego pana i władcy. Zwykłe pytania, na które nie ma odpowiedzi, a które będą z uporem zadawane również przez nasze dzieci i przez ich dzieci, i dalej, jeśli dane będzie jeszcze komukolwiek zadawać jakiekolwiek pytania.

 

Wczoraj przeszła burza, a dziś rano zerwał się silny wiatr. Na leśną ścieżkę, którą szedłem, rzucał całe garście żółtych brzozowych listków.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Z ludźmi i bez

niedziela, 07 sierpnia 2011 11:22

I

Największym dla mnie szczęściem jest wybrać się na kijki, iść te 10 kilometrów i nie spotkać ani jednego człowieka. Nie po to co dzień spotykam dziesiątki różnych indywiduów, żeby mieć z nimi do czynienia w rzadkich chwilach relaksu. Ale lato ma to do siebie, że lasy i inne zwykle odosobnione miejsca zapełniają się ludźmi. Niedawno w głębokiej kniei spotkałem mocno korpulentną kobietę w stroju kąpielowym z dzieckiem. Innym razem dobrych sześć kilometrów od najbliższej szosy z leśnej przesieki wychynął półnagi biegacz. Nie mówiąc o grzybiarzach, którzy masowo nawiedzają lasy po każdym, najdrobniejszym nawet opadzie.


Zwykle takie spotkania przebiegają w ciszy, na milcząco. Wymieniamy się spojrzeniami, dłuższymi bądź krótszymi, ale zawsze patrząc na siebie, bo nigdy nie zdarzyło się, abym w lesie nie przyjrzał się indywiduum które mijam. Ono zresztą też nie omieszka nigdy przyjrzeć się mnie. Więc mijamy się i oddalamy każde w swoją stronę. Ale są osobnicy, którzy uważają, że spotkanie w głębokiej głuszy dwóch osób wymaga aby osoby te wymieniły między sobą słowne komunikaty. Tak więc pewien rowerzysta stwierdził widząc mnie dziarsko człapiącego z kijkami, że lepszy jest rower. Inny z politowaniem westchnął, że pewnie na piechotę to się nieźle namorduję. Odpowiadam na takie zagajenia jak najuprzejmiej potrafię, że na rowerze też zdarza mi się jeździć, że w kijkach właśnie o to chodzi, żeby się nachodzić itd. Choć najchętniej powiedziałbym im wszystkim jedno krótkie "spierdalaj".


Innym rodzajem ludzi, których spotykam podczas wędrówek są pracownicy leśni. Dla nich taki ktoś jak ja to trochę nieszkodliwy wariat, który co dzień odwiedza ich "zakład pracy". Kiedyś zapytam jednego z nich czy trudno jest zostać pracownikiem leśnym. (Widzicie, jak to jest, niby narzekam na to, że w lesie wzrosło zaludnienie, ale przyłapuję się na tym, że właśnie od spotkań z ludźmi zaczynam moją kolejną relację...)

 

II

Ostatnio kilka razy wybrałem się na Grabinę. Dla niezorientowanych: to park na wzgórzach okalających Koronowo. Składają się na niego głównie drzewa liściaste: buki, dęby, olchy i graby, od których park wziął swoją nazwę. Nie opodal stoi zespół poklasztorny. W wiekach średnich cystersi udawali się do Grabiny, żeby w ciszy pokontemplować Bożą obecność. Dziś park również sprzyja kontemplacji, choć po ostatnich deszczach gliniaste ścieżki są trudne do sforsowania. Dwa razy zaliczyłem bliskie spotkanie z ziemią, przed czym nie uchroniły mnie nawet kijki.


Ale widoki rekompensują z naddatkiem wszystkie niedogodności. Rano powietrze jest gęste jak w pralni; mgła unosi się znad paprosi, bluszczy i innego ziela i płynie między drzewami. Lubię iść przed siebie nie wiedząc co za chwilę napotkam. Może stary ewangelicki cmentarz, z resztkami nagrobków ukrytych w bluszczu albo fundamenty restauracji "Grabina", która od przedwojnia do lat 70. XX wieku była ulubionym celem niedzielnych spacerów nie tylko mieszkańców Koronowa? Może trafię nad głośno szemrzący strumyk, który wpada do Brdy. Wiele lat temu pobudowano na nim ceglane mostki. Dziś tylko jeden z nich jest w miarę cały, po innych pozostały już tylko gruzy. Albo Góra św. Jana z kapliczką ku czci świętego Jana Nepomucena, który ochraniał miasto swoim dobrotliwym spojrzeniem. Nie ma już Jana Nepomucena, a i cokół, na którym stał, rozgrabiany jest z cegieł i granitowych kostek.


Alejki zaśmiecone, drzewa z połamanymi gałęziami branymi na opał przez okoliczną menelownię. Szukający mocnych wrażeń chłopcy z miasta na alejkach pousypywali "hopki", żeby sobie na nich poskakać na rowerach. Ale przyroda jakoś sobie radzi (na razie) z ludzką nawałą. Stojąc nad brzegiem głębokiego na kilkadziesiąt metrów jaru myślę o tych, którzy chodzili po tych alejkach przed dziesiątkami i przed setkami lat. Czy moglibyśmy się dogadać, gdyby jakaś maszyna czasu postawiła nas na wspólnej drodze? Założę się, że tak, i to bardzo.


Kiedy wracam do samochodu, w dole miasteczko szykuje się do kolejnego dnia. W roziskrzone porannym słońcem powietrze wznoszą się odgłosy motorowej piły, ruszającego z piskiem samochodu, a kogut pieje z radości, że jeszcze tym razem nie spadł na jego szyję toporek gospodarza.

 

III

Budują się ludzie aż miło. Widać to wyraźnie w porównaniu z taką Anglią, gdzie na prowincji budów niemalże nie widać. Wszystko stoi tam po staremu, domki małe i ciasne na małych i ciasnych działkach. A u nas nie, u nas ludziska chcą mieć pałace, więc budują je latami, pieszczą, klinkiery doklejają, w środku wypas robią taki, żeby znajomym na parapetówie gały powypadały z orbit. Wszystko musi być na wysoki połysk i jak spod igły, wszystko zgodne z wytycznymi najnowszych katalogów IKEA, Castoramy i OBI. A kiedy chata już gotowa, trzeba obsiać trawą kawał działki, postawić na niej basen z filtrem do wody, batut dla dzieciaków i kojec dla wyjca, żeby pilnował pałacu, bo nie po to się go budowało latami, kredytami podlewało, żeby teraz jaki przybłęda widok z okna psuł.


Dziś pod Starym Jasińcem wyszedłem z lasu i napotkałem takie cudo. Z jasnej cegły, blachodachówką kryty, z działką wyrąbaną tak, że końca nie widać.  Czarny wyjec z eleganckim kojcu przywitał mnie głośno, na co odpowiedziałem mu wiązką, rzecz jasna szeptaną, najlepszych bluzgów jakie znam. A kawałek dalej wiejska chatynka, ledwie stojąca, za to białym talerzem satelity udekorowana. Dziś pełno takich oaz luksusu wśród morza przaśnej biedy. Często oddzielonych od niej wysokimi murami, choć ten akurat spod Starego Jasińca bez muru. Mur zasłaniałby las. Las wliczony w kredyt. Więc musi wystarczyć wyjec w kojcu.

 


Podziel się
oceń
0
0
Tagi: kijki

komentarze (26) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  807 770  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 807770

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl