Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 661 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Koniec sierpnia, popołudnie

czwartek, 23 sierpnia 2012 8:38

 

Sierpniowe popołudnie.
Miejskie dzieci strącają jabłka z drzewa
naprzeciwko dawnej fabryki narzędzi.
Dzieci są głośne, jabłka rumiane, fabryka pusta
jak dłoń bez narzędzia.

Degeneracja postępuje ospale
(już gdzieś to napisałem),
Rzeka spokojnie dźwiga obraz świata,
który znika.

Drzewo w końcu zetną, dzieci dorosną
do tego żeby żyć w tym mieście
w miarę bezboleśnie.

Regulamin rzeki znosi to wszystko
chyba gdzieś wyżej,
chyba do źródła.

Ale skupmy się na naszym nagim popołudniu.
Obgryzione jabłka tworzą archipelag
na oceanie betonu.
Obsiadają je muchy,
zielonkawe odwłoki błyszczą w słońcu,
rodzi się
poezja.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Uciekałem przed burzą

czwartek, 09 sierpnia 2012 10:49

Wszedłem do lasu. Chmury płynęły nisko od zachodu. Zasnuwały powoli czyste jeszcze połacie błękitu. Ten błękit był jasny, pastelowy, jakby podmalowany bielą. Zupełnie inny niż nad morzem albo w upalne, suche dni, kiedy jest głęboki i ciemny, prawie jak studnia bez cembrowin.


Kiedy znalazłem się już daleko od szosy, usłyszałem pierwsze pomruki. Niebo na zachodzie było ciemne, kłębiły się tam burzowe chmury, napływały jedne na drugie. Pomruki nie ustawały, brzmiały jak ogromne beczki przetaczane w pustej, akustycznej hali. Przyspieszyłem kroku zastanawiając się czy nie lepiej byłoby zawrócić, rezygnując z wcześniej zaplanowanej trasy. Szedłem jednak dalej, z niepokojem nasłuchując nieodległych już grzmotów i spoglądając na zachód, skąd nadciągała już dość szybko wielka nawała ciemnych chmur. Moja droga biegła w poprzek szlaku burzy, to jest z północy na południe, następnie planowałem skręcić na zachód, a po ujściu kolejnych dwóch działów lasu - zawrócić na północ i po około półtorej godziny dotrzeć do samochodu.


Tymczasem burza była coraz bliżej, z lewej strony jeszcze widziałem skrawki czystego nieba, ale coraz więcej było na nim ciemnych strzępów. Po prawej stronie niebo było granatowoszare. Pomruki wzmagały się, beczki toczono niemal tuż nad moją głową. Minął mnie ciężarowy samochód z drewnem. Za nim zielonym dżipem jechał leśniczy. Las srodze ucierpiał podczas ostatnich nawałnic. W wielu miejscach leżały połamane drzewa, w innych były one powyginane jak łuki. Widziałem miejsce, w którym burza zostawiła jakby półkolisty amfiteatr stworzony z drzew złamanych i wygiętych według jednego wzoru, kierunku.


Szedłem zgodnie z marszrutą, ale gdy dotarłem do punktu, w którym zamierzałem skręcić ku zachodowi, zobaczyłem tabliczkę z zakazem wstępu. Minął mnie policyjny radiowóz, skręcający właśnie w "zakazanym" kierunku. Poszedłem w przeciwnym. Burza była teraz za mną. Słyszałem już nie tylko basowe pomruki, ale ostrzejsze dźwięki, pochodzące z gwałtownych wyładowań gdzieś tam w górze. Powietrze wypełniło się zapachem ozonu. Las milczał. Usłyszałem tylko przeraźliwy krzyk jakiegoś ptaka. Potem i on umilkł, zagłuszony kolejną serią grzmotów. Z naprzeciwka nadjechały dwa samochody, być może jechali nimi pracownicy leśni uciekający z wyrębu przed nawałnicą. Ja szedłem mając nadzieję, że umknę i zdążę skryć się w samochodzie przed najgorszym.


Po chwili jednak tuż za mną grzmotnęło jak z armaty. Przyspieszyłem kroku. Po skroniach spływały mi kropelki potu, które starłem rękawami koszulki. Przede mną niebo wciąż było dość jasne, a piaszczysta droga na horyzoncie malowała się ostrą, żółtą plamą. Ale gdy spojrzałem za siebie, zobaczyłem nacierający masyw ciemnych, prawie już czarnych zwałowisk, kotłujących się jak mieszanina gazów poddanych gwałtownej reakcji chemicznej. Spadły pierwsze krople deszczu. Nie szedłem już teraz, a niemal biegłem. Za każdym gwałtownym uderzeniem pioruna za mną, biegłem pędem. Oddech świszczał, tętno stukało w skroniach, koszulka przylgnęła do spoconego grzbietu. Uciec! Za wszelką cenę nie dać się zamknąć w pułapce. Jeśli znajdę się w centrum nawałnicy, w środku lasu, daleko od samochodu, mój los może być marny.


W myślach powtarzałem jakieś niezborne modlitwy, ale wyobraźnia pracująca na zwiększonych obrotach podsuwała mi obrazy, a to że piorun uderza w moje aluminiowe kijki tuż przed tym, jak chcę je odrzucić; a to że kryję się w prowizorycznym szałasie z gałęzi, a wokół mnie szaleje żywioł, jakiego jeszcze nie widziałem. Nie mogę wykluczyć, że podświadomie chciałem przeżyć coś w tym rodzaju, bo niby dlaczego postąpiłem irracjonalnie nie robiąc odwrotu już po pierwszych symptomach nadchodzącej burzy, tylko lazłem w nią z premedytacją?


Przez chwilę miałem nadzieję, że burza przejdzie bokiem, bo widziałem że chmury jakby skręciły bardziej na południe. Ale było to tylko złudzenie. One nie skręciły, ale rozszerzyły tyralierę! Były już nie tylko za mną, ale po prawej i lewej stronie zdawały się mnie wyprzedzać, dążąc do zamknięcia pierścienia! Myśl o natychmiastowej ucieczce najkrótszą drogą do samochodu walczyła z myślą o dokończeniu planowej trasy. Półtorej godziny! Głupi człowieku, po co ci to, możesz przecież zginąć przez te swoje "plany". Ale z drugiej strony, dlaczego nie zaryzykować, spróbować zmierzyć się z niebezpieczeństwem, stawić jemu czoła? Bałem się jak diabli, a jednocześnie gdzieś w głębi cieszyłem się jak dziecko, że burza mnie goni, że chce mnie objąć w swoje potężne ramiona i wytrząść za wszystkie czasy!


Po dwóch kolejnych działach skręciłem na północ, czyli od tego momentu już zbliżałem się do samochodu. Na brzegu drogi widziałem pomarańczowe, świeżutkie kurki, ale nie w głowie mi było ich zbieranie. Padało już rzęsiście, a burza szalała, ale wciąż nie byłem jeszcze w jej oku. Miałem dziwne wrażenie, że się ze mną bawi i wykonuje manewry w ślad za moim marszem, a raczej marszobiegiem. Nie rozumiem natury i pewnie nigdy nie zrozumiem, ale im dłużej z nią obcuję, tym częściej mam poczucie, że nie jest ona samonapędzającym się mechanizmem, jakimś perpetuum mobile kiedyś tam, miliardy lat wcześniej wprowadzonym w ruch, ale że funkcjonuje na jakiejś nieznanej mi, niepojętej Zasadzie, innymi słowy - że jest wytworem, emanacją jakiegoś Umysłu.


Zieleń była ciemna, gęsta i ciężka od wody, która spływała z górnych pięter lasu, ku jego parterowi, gdzie wąskim i wysokim korytarzem wędrowałem ja, mały człowiek w obliczu żywiołu. Niebo pomrukiwało i huczało. Deszcz szumiał wśród drzew, ścieżka stawała się grząska, na pewnym odcinku wręcz trudna do sforsowania. Moje żałosne sportowe buty, z których lewy miał całkiem pokaźną dziurę z przodu! Moje kijki, mój plecaczek z dwiema butelkami wody dla obciążenia! Cały ja, który myślałem że uda mi się wystrychnąć ją na dudka. Ale ona już mnie miała. Wokół waliło jak podczas bombardowania. Raz! Drugi! Trzeci! Całkiem blisko, a może nie tak całkiem blisko, ale w każdym razie wystarczająco blisko, żeby mnie przerazić. Co robić? Chować się? Nie ma jak, nie ma gdzie. Trzeba biec, po prostu pędzić przed siebie, na skróty, kierując się prosto do samochodu. Gdy pomyślałem o jego nagrzanym, pachnącym znajomym zapachem tapicerki wnętrzu, zrobiło mi się trochę lepiej. Ale do auta było wciąż tak daleko! Minąłem tabliczkę z zakazem wstępu. Co mi tam! Nie będę zastanawiał się nad łamaniem przepisów, gdy burza szaleje, drzewa trzaskają jak zapałki w rękach olbrzyma, a ja mam przecież do kogo i po co wrócić...


O Boże! Nie pomyślałem o tym, że biegnąc na skróty, natknę się na ogrodzenie szkółki leśnej. Musiałem więc pobiec wzdłuż niego, najpierw wschodnim, a następnie północnym bokiem. Wszędzie pełno powalonych drzew, niektóre już pocięte i przygotowane do wywózki, ale wiele jeszcze nietkniętych przez człowieka. Burza, przeklęta burza nie odpuszczała. Deszcz chłostał mnie po twarzy, pioruny rozświetlały raz po raz przestrzeń, w szumie własnego oddechu i miotanych co chwilę przekleństw nie słyszałem już nawet przeraźliwych grzmotów. Pokrzywy piekły po gołych nogach, bo miałem na sobie krótkie spodenki. To miał być przecież popołudniowy spacerek po lesie!


Wreszcie ogrodzenie skończyło się. Jeszcze kilkanaście metrów w głębokiej i miękkiej trawie, i wypadłem na wyłożoną tłuczniem drogę. Spojrzałem w prawo - mój samochodzik, moja biedna astra stała i czekała na mnie. Dopadłem do niej, drżącymi rękami odblokowałem zamek, wrzuciłem kijki do bagażnika i wślizgnąłem się do środka. Na zewnątrz szalał żywioł. Po szybach spływało tak, jakby ktoś chlustał na nie kubłami wody. Włączyłem radio. Rozległy się dźwięki popołudniowej audycji Trójki. Znowu byłem u siebie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dzienniki gdyńskie

poniedziałek, 06 sierpnia 2012 15:42

 

Artur Nowaczewski, u którego po trzech latach znowu zatrzymaliśmy się na kilka letnich dni, uśmiechnął się, kiedy mu powiedziałem, że zamierzam napisać drugą część mojego "Dziennika gdyńskiego". Tamten, z przełomu czerwca i lipca 2009 roku, pisał człowiek 35-letni, który ze zdumieniem spostrzegł, że chyba nie jest już "młody" w najbardziej potocznym i chyba najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Pamiętam jak patrzyłem na zastępy open'erowej młodzieży i nie mogłem powstrzymać się przed sarkastycznym komentarzem, zupełnie jak ktoś, kto widzi młodszą wersję siebie, a jednocześnie wie, że sam odchodzi w jakąś zupełnie nieznaną stronę. Może ten "przełom" naznaczył tak ten czas, że wszystko widziałem jakby w jaśniejszej odsłonie. W pełnym słońcu.

 

Dzieci były wtedy jeszcze całkiem małe, kilkuletnie szkraby, za którymi trzeba było uganiać się po całej plaży, żeby nie stracić ich z oczu w mrowiu ludzkim. Inni byliśmy z Anią, nie tylko młodsi, ale może mniej mądrzy, mniej wiedzący.

 

Drugi gdyński pobyt, który zakończył się raptem wczoraj, zapamiętam już inaczej. Jako próbę powrotu do czasu i miejsca, do których powrotu przecież nie ma, bo i czas, i miejsce już inne. Musiałem więc stanąć oko w oko z Teraz, sączyć łyk po łyku to piwo, które nieustannie sobie warzę - już choćby przez sam fakt, że jestem wyposażony w  świadomość. Właściwie wszystko było inaczej. Więcej rozmawialiśmy, i z Arturem, i z dziećmi, odcięci od tak zwanego świata, choć jakby bliżej tego, co ważne. Ale chyba więcej było też zmęczenia, takiej spokojnej rezygnacji, która każe nie czekać na cuda, ale raczej uważnie obserwować. Więc obserwowałem i zapisywałem kolejne strony "Dziennika gdyńskiego" i nie żałuję, że to zrobiłem. Co zapisane, nie zniknie, będzie taką wyspą, do której się wraca, uśmiecha na jej widok, choć coraz mniej poznaje.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  807 790  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Literatura w czasach zarazy.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 807790

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl