
"Do przemyślenia i ewentualnego naniesienia poprawek w tekście:
Głowa świerszcza jest okrągła.
Łypać to spojrzeć, zerknąć groźnie albo ukradkiem - jak ta definicja słowa ma się do nieruchomego oka, zwłaszcza że w dodatku „łypie wyłupiastym"?
Świerszcz jak każdy owad ma trzy pary odnóży, trudno więc mówić o odnóżach górnych i dolnych, chyba że mamy przed oczami Filipa z „Pszczółki Mai"?
Świerszcz siedzi przy łóżku, a potem przy oknie, zatem łóżko jest też przy oknie czy tylko miotamy świeszczem po sypialni, zwłaszcza że kawałek dalej mowa o tarasowaniu przejścia do kuchni?
Narrator spędził w Internecie kilka godzin po wyjściu z domu żony, a potem wraca pamięcią parę godzin wstecz, kiedy siedział zatopiony w wirtualu, a żona coś do niego mówiła - niekonsekwencja fabuły?
Jakoś trudno uwierzyć w klucz w drzwiach do sypialni znajdujący się w zamku od zewnątrz.
Gdzie stoi kanapa, na której kładzie się i zasypia narrator? Pardon, jeśli to mieszkanie w układzie amfilady. Ale jednak potem spod drzwi wycofuje się do pokoju.
Większość świerszczy ma zredukowane skrzydła albo do najmniej jedną ich parę; zakładamy, że ten należy do tych, co mają chociaż jedną parę skrzydeł?
Oczywiście lizać rany traktujemy tu jak typowy związek frazeologiczny?"
Na takie dictum odpowiedziałem wysyłając opowiadanie z usuniętą "niekonsekwencją fabuły":
ŚWIERSZCZ
Żona powiedziała zza drzwi coś niewyraźnego, a ja zabrałem się za wieczorne przeglądanie Internetu. Po paru godzinach wyłączyłem komputer, pewny że żona będzie już w łóżku. Łóżko było jednak puste, natomiast przy łóżku siedział dwumetrowy, zielony świerszcz.
Łypał na mnie wyłupiastym, nieruchomym okiem i co pewien czas poruszał którąś z części ciała, odnóżem górnym, dolnym bądź jednym z czułków. Jego trójkątna głowa rzucała wielki cień na ścianę, świerszcz bowiem usadowił się przy oknie, przez które wpadało rzęsiste światło ulicznej latarni. Usadowił się w miejscu, w którym zwykłem siedzieć czytając książki lub prasę. Ponieważ owad zatarasował również przejście do kuchni, pozostało mi wycofać się do pokoju „komputerowego". Postanowiłem przeczekać.
Siedziałem przy biurku, kompletnie nie mogąc skupić się na tym, co wyświetlało się na ekranie komputera. Zza okna dobiegały krzyki pijanej młodzieży siedzącej pod naszym blokiem. Mogłem ewentualnie rozważyć zejście po piorunochronie, nie miałem jednak zaufania do jakości jego mocowań, uznałem więc, że ryzykowanie upadku z czwartego piętra z powodu przerośniętego świerszcza byłoby zbyt ekscentryczne.
Zacząłem rozważać wezwanie pomocy. Ale i to okazało się trudne, jeśli nie niewykonalne. Mój telefon komórkowy znajdował się w kuchni, do której nie mogłem się przecież dostać z powodu obecności intruza. Wszczynanie alarmu poprzez uderzanie w podłogę, sufit, czy też poprzez wołanie z okna zwróciłoby niechybnie na mnie uwagę sąsiadów. A ponieważ nie miałem do nich zaufania, podobnie zresztą jak oni do mnie, pozostawało czekać.
Liczyłem, że z opresji wybawi mnie żona. Wyglądałem przez okno, ale wśród niedobitków zdążających do domów nie było tak dobrze znanej mi kobiecej sylwetki.
Wówczas wróciłem pamięcią parę godzin wstecz, kiedy siedziałem zatopiony w wirtualu, a żona mówiła coś do mnie z drugiego pokoju. Lecz co do mnie mówiła? Niewykluczone, że były to jakieś ważne, ostateczne, rozstrzygające słowa. Ja jednak ich nie słyszałem. A skoro nie słyszałem, to jak miałem je sobie przypomnieć? Miała wiele powodów, żeby odejść. Ale miała też niejeden powód, żeby zostać. Oczywiście jednych i drugich nie można porównywać umieszczając na szalach jednej wagi. Wystarczy jeden powód na „nie", żeby unieważnić tysiąc powodów na „tak". I na odwrót. Niezbadane są wybory kobiet, podobnie jak niezbadane było to coś, co zajęło naszą sypialnię.
Delikatnie uchyliłem drzwi i zaraz odpadłem od nich, zamykając je na klucz: trójkątna głowa świerszcza znajdowała się tuż tuż, tak że niemal dotknąłem wyłupiastego, nieruchomego oka tego milczącego indywiduum.
Stałem przy drzwiach zastanawiając się nad jednym: czy wytrzymam napór świerszcza. Naraz usłyszałem chrobot - to odnóże owada drapało w drzwi. Ze szpary pod nimi wysunęły się długie, zielone czułki, które próbowały „rozejrzeć się" po moim pokoju. Wpadło mi do głowy, żeby je czymś odciąć i tym samym unieszkodliwić intruza, ale od zamiaru do wykonania daleka droga. Po prostu brzydziłem się tego tak strasznie, że pozwoliłem, aby czułki nietknięte wycofały się za drzwi. Wkrótce srodze tego pożałowałem.
Ponieważ mijały kolejne minuty i kwadranse, a sytuacja nie ulegała zmianie, ległem na kanapie i zapadłem w sen. Śniła mi się wspinaczka na szczyt stromej góry, droga częściowo prowadziła krętymi schodami wykutymi w skale. Czułem mdłości i pewność, że nie mogę się cofnąć.
Obudził mnie dźwięk przeraźliwy i okropnie głośny. Świerszcz zagnieżdżony w sąsiednim pokoju uznał za stosowne rozpocząć koncert swojego cykania. Zacząłem się bać, że hałas sprowadzi mi na kark sąsiadów, straż miejską lub nie daj Boże policję. Wyjrzałem za okno, ale wyglądało na to, że osiedle już mocno śpi.
Poczułem, że muszę skorzystać z toalety. Wydarzenia ostatnich godzin przyprawiły mnie bowiem o solidne rozwolnienie.
Znowu uchyliłem drzwi, tym razem trzymając twarz z dala od nich. Świerszcz grał na swoim narządzie muzycznym siedząc na środku pokoju. Po jakimś czasie przerwał i zaczął podjadać kwiaty w wazonie. Gdybym w miarę dobrze przyspieszył, mógłbym przemknąć się do łazienki, a stamtąd dalej, wezwać pomoc i jakoś rozwiązać tę głupią sytuację.
Wóz albo przewóz, raz kozie śmierć, albo rybka albo pipka, do odważnych świat należy, hej kto Polak na bagnety... Wycofałem się do pokoju i zacząłem rozglądać się za przedmiotem, który mógłby posłużyć mi do ewentualnej obrony.
Nie znalazłem nic, oprócz starego mosiężnego świecznika, który wyciągnąłem spod szafy. W razie czego mogłem nim zdzielić świerszcza.
Raz kozie... i tak dalej. Szarpnąłem klamkę i ruszyłem przed siebie. Świerszcz momentalnie do mnie dopadł furkocząc skrzydłami aż zatańczyły firanki. Zacząłem na oślep machać świecznikiem, który po chwili był lepki od mazi pochodzącej ze zranionego ciała owada.
Intruz wycofał się w kąt między komodą i ścianą, a ja wziąłem telefon z kuchni i wypadłem na korytarz. Na końcu tej ciemnej kiszki zauważyłem staruszka w szlafroku, truchtem przemykającego od jednych do drugich drzwi, które szybko otworzyły się i równie szybko zamknęły się za nim. Zawołałem, ale widocznie nikt mnie nie usłyszał albo udawał, że nie słyszy.
Zdałem sobie sprawę, że jeśli powiem komuś obcemu, że w moim mieszkaniu jest dwumetrowy świerszcz, to mało że nikt mi nie uwierzy, co jeszcze zostanę wzięty za wariata.
Widziałem w filmach. Facet mówi jakiemuś obcemu człowiekowi, że widział coś dziwnego. Idą tam razem, facet pokazuje miejsce, w którym to coś jeszcze przed chwilą było, ale oczywiście tego czegoś już nie ma. Obcy człowiek patrzy na faceta jak na wariata.
Więc żeby uniknąć kompromitacji przed kimś obcym, wcisnąłem numer żony. Przed nią kompromitowałem się już wiele razy, miałem więc wprawę.
- Po co dzwonisz? - usłyszałem w słuchawce jej zaspany głos.
- Mam w mieszkaniu świerszcza wielkości świni - odparłem.
- Więc może chociaż nim będziesz potrafił się zainteresować.
- Pomóż mi się go pozbyć!
- To jedna z tych rzeczy, których nie sposób się pozbyć. Wracaj do domu i nie rób paniki.
- A ty?
- Powiedziałam ci, kiedy odchodziłam. Ale ty nie słuchałeś.
- Ale teraz słucham!
- Teraz masz w domu świerszcza. Nie dzwoń więcej. Resztę załatwi mój adwokat.
Rozłączyła się, a ja wróciłem do mieszkania. Świerszcz lizał rany w kącie między ścianą a komodą. Kiedy wszedłem do pokoju, jego trójkątna głowa poruszyła się nerwowo i owad cofnął się bliżej ściany. Bał się. Zrobiło mi się głupio.
Poszedłem do łazienki, wyjąłem z szafki gazę i namoczyłem wodą utlenioną. Przezwyciężając obrzydzenie i nieufność zbliżyłem się do świerszcza. Ten drgnął, ale widząc, że nie mam złych zamiarów, pozwolił opatrzyć sobie rany. Nie były zbyt głębokie, ale kiedy wyrzucałem zużytą gazę do ubikacji, zwymiotowałem.
Staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Rzadko się dotykamy. Podejrzewam, że świerszcz czuje w stosunku do mnie to samo obrzydzenie i strach, jakie ja czuję na jego widok. Przywożę mu zieleninę, a on pochłania ją w milczeniu. W ogóle stał się jakiś taki wycofany.
W nocy czasami zapomina się i zaczyna grać, ale szybko przerywa. Wtedy obaj nasłuchujemy siebie nawzajem.
sierpień 2007
Ale to nie zadowoliło krwiożerczej pani redaktor, która poskarżyła się naczelnemu na mój upór. Naczelny stwierdził, że robię sobie kpiny i oświadczył, że mojego opowiadania nie wydrukuje. Ta historia pokazuje, że w światku literatury s-f, f i h (kolejność dowolna) najważniejsza jest wizja wydawcy, a nie autora. Debiutujący w tym nurcie autor (nawet jeśli tak jak ja ma za sobą już kilka książek) albo podporządkuje się całkowicie "korekcie inwazyjnej", albo szukać sobie może wydawcy spoza nurtu. Powstaje w rezultacie literatura co najwyżej poprawna, pozbawiona indywidualnych cech stylu, której jedyną siłą musi w tej sytuacji pozostawać fabuła, im wymyślniejsza, tym lepiej.
Ale czy to właściwość tylko tego jednego wycinka naszego "życia literackiego"? Pytanie retoryczne. Literatura to w ogóle działka, gdzie w krótkiej perspektywie zwyciężają gracze umiejący się szybko dostosowywać do oczekiwań. O perspektywę dłuższą niż sezon czy kilka sezonów grać trudno, bo gra obarczona cholernie dużym ryzykiem. Pewnie dobrze, że są krótko- i długodystansowcy, i jedni i drudzy są potrzebni. Pierwsi podsycają doraźne zainteresowanie literaturą, ci drudzy chcą literaturę rozsadzić od środka. Ostatnimi laty szala przechyliła się na stronę tych pierwszych. Ale to ci niepogodzeni mają szansę wejść do historii literatury. Oczywiście jeśli samej historii literatury nie będą pisać krótkodystansowcy.
wtorek, 16 marca 2010
Licznik odwiedzin: 31248
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Literatura w czasach zarazy.

Nazywam się Jarosław Jakubowski. Urodziłem się 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Jestem absolwentem tamtejszego VI LO. Studiowałem budownictwo i politologię. Pracuję jako dziennikarz. Wydałem siedem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych". Za "Pseudo" dostałem Złotą Strzałę Łuczniczki - nagrodę za Bydgoską Książkę Roku 2007. Ostatnio opublikowałem pierwszą książkę prozatorską pt. "Slajdy". W 2007 roku Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka zorganizowało czytanie mojej debiutanckiej sztuki pt. "Dom matki", w roku 2010 moja sztuka pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego na polską komedię współczesną. Jestem współpracownikiem dwumiesięcznika literackiego "Topos". Należę do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Od stycznia 2009 kieruję bydgoskim oddziałem SPP. Mieszkam w Koronowie.